"Rok 2064" - CZ.I. ROZ.III. - cz1 "
[b ]"ROK 264" - CZĘŚĆ PIERWSZA: „ZONA NUMER TRZY” ,ROZDZIAŁ III - "ALBIN RURA DO ZAPCHANIA" Część 1 [/b ]
„Kurwa, jak ja nie znoszę listopada” myślałem, omijając chodnikowe kałuże na Alei Legionów, kierując się w stronę Placu Kościuszki, gdzie znajduje się mój przystanek autobusowy. Dziś samotnie wracałem późnym popołudniem do domu, spiesząc się na autobus. Pora zimnych wiatrów, szaro-bure ulice, a ludzie wkurwieni, odziani w ciepłe łachy, pozbawione kolorów. Latem na ulicach nawet takiego zadupia jak Łomża, można się przechadzać z przyjemnością. Czasem jest na kim oko zawiesić. Teraz z tego miejsca wyłazi jego prowincjonalność. Drzewa, krzaki dawno ogołocone z liści, ciągle pada, zimno i ciemno. O tej porze roku widać dopiero, jak to miasto jest brzydkie. Przypadkowa, powojenna zabudowa, miesza się z pretensjonalnym bałaganem ostatnich lat. „Gród nad Narwią” – miasto wojewódzkie, czyli koszmarna Polska rzeczywistość miast średniej wielkości, zniszczonych przez wojenną zawieruchę, odbudowanych bez składu i ładu przez komunistów. To miejsce nie ma żadnego uroku, lekkości. Nie dosyć, że teraz piździ i podmuchuje, czyli pogoda seksualna, to masz wrażenie, że oblepia cię jakaś lepka i brudna magma.
Dziś walcząc z chłodem i deszczem, nie mam ochoty na codzienny obchód po centrum miasta. Spieszę się do domu, by wygrzać się w gorącej kąpieli i odprężyć po kolejnym, nudnym szkolnym dniu. Pod szkołą zostawiłem swoje przyjaciółki Ankę, Katarzynę i Justynę, które też dojeżdżają z pobliskich wsi i miasteczek. Codziennie po lekcjach łazimy Długą, Krótką, Farną, Dworną zaglądając do sklepów i zajadamy się ulicznym żarciem. Czasem wybierzemy się do kina Milenium, na jakiś film ale i tak nasz rytuał kończymy w autobusach komunikacji miejskiej. Dziś nie miałem ochoty na naszą popołudniową włóczęgę i klnąc pod nosem na „okoliczności przyrody” gnałem na najbliższy czerwoniak. Już w autobusie przyklejony do szyby, beznamiętnie patrząc na dobrze mi znane widoki, rozmyślałem o rutynie i nudzie, w której byłem zatopiony. Przyszłość też nie zapowiadała się lepiej, a o przeszłości i teraźniejszości szkoda gadać.
Minął ponad rok od moich „upojnych” spotkań z Edwardem, który dzięki zrządzeniu losu przeniósł się do lepszego świata, tak bynajmniej twierdzi księga i ksiądz proboszcz. Cóż, jego „sportowy tryb życia” osłabił ściany naczyń krwionośnych i w marcu tego roku doznał rozległego wylewu. Jako, że Edward niespecjalnie się socjalizował, dopiero po trzech dniach został odnaleziony przez listonosza na kuchennej podłodze. Jego odejście nie wywołało u mnie żadnych głębszych refleksji, czy lawiny wspomnień. Podczas uroczystości żałobnej nudziłem się i myślałem o pierdołach. Czy jestem sukinsynem? Czy powinienem uronić łzę? Był to przecież mój pierwszy facet! Teraz Edward, a właściwie jego hektary, poszerzą moje rodzinne włości, bo po nowym roku ojciec odkupuje gospodarstwo Gawrońskiego od spadkobierców. Nie jest to dobra wiadomość dla mnie. Matka zapowiedziała uszczuplenie moich wydatków. Kurwa, trzeba oszczędzać przez tę inwestycję. Ja rozumiem, że to przyszłość moich braci, szczególnie Piotra ale co ja z tego będę miał? Marzę, by porzucić tę badziewną krainę nudy i nie wracać tu nigdy.
Wpadłem zziębnięty i przemoczony do domu, marząc o ciepłej herbacie. Gdy zdejmowałem mokrą kurtę i zmieniałem obuwie, usłyszałem z kuchni głos matki:
– Albin to ty?
– Tak, mamuś.
– Co dziś tak wcześnie?
– Zimno i pada, nie chciało mi się łazić nigdzie po szkole.
– To choć dzieciaku zjesz obiad.
– Mamuś zrób mi tylko herbatki z cytryną – powiedziałem, wchodząc do kuchni, siadając przy stole.
– Aluś, krupniczek mam i pyzy z mięsem.
– Mama, jadłem w szkole i po szkole – oczywiście było to kłamstwo. Bo żelki i cukierki trudno nazwać jedzeniem. Ja zresztą nigdy nie miałem jakiegoś parcia na żarcie, nie to co Piotr i Andrzej. Oni zawsze jedli za trzech.
– Synek, to może samą zupkę? - zachęcała matka.
– Dziękuję, nie jestem głodny. Zjem dwie pyzy na kolację, bo widzę, że napracowałaś się. Teraz proszę tylko o herbatę.
– Oj, synek, synek, ty się jakieś choroby nabawisz – westchnęła mama i zabrała się za robienie herbaty. Gotowy napój postawiła na stole. Ja zaś powoli zacząłem go sączyć.
– To jak w szkole? - zapytała rodzicielka.
– Jak? Nijak, jak codziennie – odpowiedziałem.
Matka odwróciła się do garnków, coś w nich mieszając. Z radioodbiornika dochodziły dźwięki „Remedium”, w wykonaniu Maryli Rodowicz, matka nuciła razem z nią. Ja kończyłem herbatę, już miałem wychodzić ale przypomniałem sobie o Andrzejkach.
– Mamuś, zadzwoń do cioci Krysi i zapytaj się, czy w przyszły piątek mogę u nich nocować?
– Co będziesz robił w Łomży do nocy?
– Mamy Andrzejki w szkole, będzie jakiś program artystyczny. No wiesz, wróżby a potem szkolna dyskoteka.
– Ale to chyba w środę za dwa tygodnie są Andrzejki?
– No tak dlatego imprezę robią wcześniej w piątek, bo środa to środek tygodnia.
– Dobrze zadzwonię do Krysi wieczorem, jak nie mają jakiś planów to się zgodzą. Wątpię, czy dziewczyny zjadą z Warszawy na weekend – powiedziała mama. Ciocia Krysia, to siostra mamy, która mieszka w Łomży na Południu, czyli takiej noclegowni, największym łomżyńskim osiedlu. Jej dwie córki bliźniaczki studiują w Warszawie.
– Dzięki matuś. Idę do łazienki bo coś mnie w kościach łamie, wezmę ciepłą kąpiel i się położę.
– Oj, synuś bo ty taka chudzinka i jak tylko jest trochę zimno, to od razu chorujesz. Może jednak zjesz teraz?
– Nie mamo, naprawdę zjem coś potem – odpowiadałem, myśląc już o młotku.
Wyszedłem z kuchni do przedpokoju, a z szafki z narzędziami wziąłem swój ulubiony młotek z długim i grubym trzonkiem. Z pokoju zabrałem swoje dresy, które kupiłem sobie na szesnaste urodziny, czarne oryginalne Pumy, bokserki i koszulkę. Potrzebowałem relaksu, odrobiny przyjemności. Pora roku, pogoda, brak seksu i oszczędności w domu rodzinnym, to wszystko mnie frustruje. Edward rozbudził moje królicze libido. Teraz nawet trzy razy dziennie muszę się zaspakajać, robiąc to przed szkołą, w szkole i po szkole. Najprzyjemniej jest wieczorami w łazience, gdy zażywam ablucji. Odkryłem uroki zabaw z własną szparką. Najpierw były paluszki, potem warzywka, a teraz używam trzonka od młotka. Kiedy idę się kąpać, zabieram to narzędzie ze sobą.
[i ]Chyba w lipcu leżąc w wannie i bawiąc się sobą, szczypałem moje drobne sutki, d**gą ręką dotykałem krocza. I przypomniałem sobie dowcip o pedałach.
Na zjeździe absolwentów tylko dwóch gości przyznało się, że nie mają rodziny. Chłopcy trochę wypili i dogadali się, że są „inni”, więc spędzili razem noc. d**giego dnia jeden z nich mówi do d**giego:
– Tylko nie mów, że było ci niedobrze ze mną.
– Nic takiego nie mówię.
– Jeszcze nikt tak nie wył podczas ruchania jak ty. Co cię pchnąłem, toś rzucał głowę do tyłu i krzyczał: UUUUUUUUUUU, HRRRRRRR !!!!!!
– Wiesz, to trzeba było mi dać czas, bym zdjął koszulę, bo tak razem z chujem wpychałeś mi do dupy tył koszuli, a nawet nie odpiąłem guzika pod szyją!
Tak bawiąc się w wannie i przypominając sobie ten głupi dowcip, pomyślałem, a co to będzie, jak sobie tam włożę paluszki? Mam chude i długie palce, w ogóle mam delikatne dłonie. „A raz kozie śmierć” pomyślałem i palcem wskazującym zacząłem wodzić po otworku. Zrobiło się miło. Wyczuwałem delikatne bruzdy, rozchodzące się promieniście. Delikatnie naciskałem naciskałem tą strukturę, a moja pałka już wierzgała główką. „O w mordę” pomyślałem - „ale jazda”. Ciepła woda i moje dłonie, jedna ciągle skubała sutki, a palce d**giej eksperymentowały z moją dziurką. Zrobiło mi się gorąco, przygryzałem wargi. Pragnąłem większego dostępu do czarodziejskiej szpary, więc zarzuciłem stopy na ranty wanny, teraz byłem rozwarty. Mimo oporu udało mi się wtargnąć palcem wskazującym do środka siebie. Oczy mało mi nie wypadły na policzki. To było odlotowe! Mój kutas zwariował, a dupa mocno zacisnęła się na paluszku. Było to bardzo przyjemne uczucie. Kurwa, gdy nim mocno natarłem głębiej, moje ciało wpadło w konwulsje. „Tego jeszcze nie grali” - przemknęła mi myśl. Z każdym ruchem wydobywałem z siebie mysie piski, oddech się spłycał, a ja wierciłem dupskiem, jakbym miał owsiki. Tym razem to był większy owsik, mój ciepły palec. Dobijałem nim do kłykci, wierciłem w środku. d**gą ręką dorwałem się do sztywnego siurka i wpadłem w amok. Palec drylował mnie wewnątrz, zaciśnięta na kutasie dłoń szarpała go boleśnie w górę i w dół.
Pod przymkniętymi powiekami, przewijały się obrazy super fiutów, które chętnie bym gościł w swojej wątłej dupinie. Były czarne, brązowe, białe, a wszystkie duże, olbrzymie i jeszcze większe, soczyste i grube. W tym wszystkim zapomniałem o bożym świecie, nie myślałem o matce, która właśnie w kuchni walczyła z garami, słuchając radia i przygotowując strawę dla rodziny. Woda z chlupotem zalewała podłogę łazienki. To ekstatyczne przeżycie skończyło się wielokrotną salwą spermy i urwanym jękiem. W głowie mi huczało od upojenia, wysuwałem palec nie mogąc zaznać spokoju. Ciało drżało, odczuwałem zmęczenie jak po długim biegu, musiałem wyrównać oddech. „Kurwa, co to było” pytałem sam siebie. Gdy wyszedłem z wanny i próbowałem posprzątać burdel, który tu zrobiłem, moje ciało ciągle było jak z waty. W tyłku zaś czegoś mi brakowało. Sam pozbawiłem się cnoty, czyli byłem już niecnotą.
To było epokowe odkrycie. Może moja pałka jest żartem ale dupa jest boska. Szparka, której wiecznie mało. Ona pulsuje, zaciska się i drży, witając każdego gościa, który tu zabłądzi. Tak się zaczął pierwszy sezon "dupnego festiwalu". Pragnąłem ją wypychać, wypełniać i dopychać. Zatkać czymś ujście tej żarłocznej na doznania rury. Wiedziałem, że jestem „Albin dziura do zapchania”. To było moje przeznaczenie, moja karma. Po tygodniu wpychałem trzy palce po kłykcie, siadałem na dłoni, by było głębiej i pełniej. Później przeszedłem na weganizm. W moim odwłoku rosły warzywa: marchewki, pietruszki i pory. W marzeniach upychałem tam arbuzy i dynie. Jednak tak naprawdę marzyłem o wielkim, mięsistym, ciepłym i żywym kutasie, który by hardo ją rozbijał na części, by ją otwierał szeroko, ukazując różową przestrzeń środka, by pompował w nią bezlitośnie swoje soki, by z niej się one wylewały, spływając na moje jaja. To o tym marzyłem!!! Jak ja nienawidziłem miejsca, w którym mieszkam, skąd ja wezmę słodkiego fiuta do mojej dziury?
Któregoś dnia pod prysznicem, moje pupsko miało romans z dorodnym porem. Pan Kutas oddał ostatni wystrzał. Por był zmaltretowany, raczej nie nadawał się już, do gotowania na nim rosołu. Sprawdzić chciałem, jak się ma mój otwór po gwałtownym użytkowaniu i czy nic tam nie zostało z zieleniny w środku. Postawiłem stopę na krawędzi wanny, kciukiem zaś obracałem w strategicznym punkcie.
– Kurwa, ahhhh – wyrzuciłem z siebie.
Stało się coś, czego się nie spodziewałem, palec uderzył w jakąś moją czułą strunę. Spiąłem się i po chwili znowu uderzałem palcem w to miejsce. Przeżycie było inne, niż wszystko co do tej pory znałem. Pała sama na powrót zrobiła się sztywna, a w dupie i mojej głowie szalał orkan. Tarłem wyczuwalny guzek z zapamiętaniem, a z kutasa sączył się samoczynnie przeźroczysty, lepki płyn w ilości, o którą go nie podejrzewałem. Noga na której trzymałem ciężar ciała, drżała i sprawiała mi ból. Oddychałem płytko i skupiałem się na ekstazie, która mną zawładnęła. Kilka gwałtownych ruchów kciukiem i strzelałem silnie, obficie na łazienkowe kafelki, po których powoli spływało, wszystko to co z siebie wyrzuciłem. Oparłem głowę o ścianę, czułem się, jakbym przepracował cały dzień na ojcowym polu. Wiotczałem powoli, wyrównując oddech, chyba dotknąłem bram raju. Moja dupa, moja ziemia obiecana. Teraz wiedziałem, że mam instrument do wygrywania symfonii uniesień. Powinienem zostać wirtuozem więc jako pojętny, zdolny i pracowity uczeń praktykowałem przy każdej nadarzającej się okazji. Mój Stradivarius wymagał poznania jego budowy i właściwości.
Metodą prób i błędów doszedłem do perfekcji, w przygotowaniu instrumentu, przed ćwiczeniem szybkich pasaży palców. By gra była przyjemna, trzeba się pozbyć zbędnego balastu. Nie da się tego wydłubać, trzeba się wypłukać. Wąż od prysznica okazał się niezastąpiony. Oczywiście, że byłem tak głupi, iż początkowo serwowałem sobie niekończącą się sraczkę. Zachłanny na nowe doznania wlewałem w siebie cysternę wody, co kończyło się godzinną okupacją muszli klozetowej. Metodą małych kroków wypracowałem odpowiednią procedurę. By mieć udaną zabawę, musiałem mieć miejsce i czas. Moją salą koncertową stała się toaleta i czas wieczornej kąpieli. [/i ]
Dziś jako, że ziąb byłem wcześniej w domu, matka gotowała i oglądała swoje seriale, ojca ani Piotra nie było jeszcze w domu. Andrzej wyjechał na studia, mieszka *****arszawie, akademik „Cezar” przy ulicy Nowoursynowskiej. Jest studentem wydziału melioracji na SGGW-AR. Jak sam mówi „melioracja zawód wielki, suszy rowy i butelki”. Piotr, wraz z jego wyjazdem, stał się melancholijny. Widać, że bardzo tęskni za bratem. Mnie też jest nieswojo i trochę smutno. Nawet rano nikt się ze mnie nie nabija. Teraz kilka razy w nocy budziły mnie hałasy, to Piotr pozwalał sobie robić dobrze. Teraz co wieczór udawałem, że szybko zasypiam, by sobie posłuchać i może coś tam dojrzeć w ciemności. Piotr swój spektakl zaczynał powoli, z czasem ciężko sapał, potem ogarniała go furia, bo trzepał szybko i głośno. Dyszał, a na koniec jęczał i tracił oddech. Potem leżał kilka minut w bezruchu. Choć może to niemoralne ale lubię go podglądać. Oczywiście wtedy cichutko bawię się swoim siurkiem i też się spuszczam w piżamę. Jak kogoś interesują faceci, to nie ma znaczenia, czy to brat, czy swat. Chętnie bym sobie popatrzył, jak to robi bez tej kołderki i w pełnym świetle. Jeżeli mam być szczery, to i tak nie raz zlizywałem z boksów Piotra i Andrzeja pozostałości soków. Nie mówiąc o tym, że przy szybkim walonku w kibelku, wąchałem ich majtaski. Tak to się zdeprawowałem po letniej przygodzie z Edwardem.
Teraz leżałem w wannie, stopy opierałem o jej krawędzie, byłem rozwarty. Woda przyjemnie ciepła, a w moim tyłku trzonek od młotka, którym poruszałem powoli. Wpychałem go do końca, by mieć to boskie uczucie pełności, rozepchania. Cudowna mieszanina lekkiego dyskomfortu, połączona upojną uciechą. Tak mi jest dobrze, mógłbym być tak napełniony cały dzień i noc. Powoli wysuwam z siebie przedmiot, by szybko i silnie wepchać go z powrotem. Uwielbiam gdy moje wnętrze drży, a koniec trzonka uderza gdzieś w spód żołądka. Czasem przyspieszam, czasem zwalniam swoje ruchy. d**gą dłonią masuje jajka i korzeń kutasa, rozpływam się w tej uciesze. Miałem już jeden orgazm ale wcale nie mam zamiaru kończyć tej frajdy. Przyszedł czas, by ten krater atakowały palce.
Wanna to nie jest komfortowe miejsce do takich zabaw ale innego nie mam. Odwracam się na bok, zarzucając jedną nogę na brzeg wanny, wpycham do swej jamy trzy palce, uformowane w trójkąt, chciałbym zmieścić tam więcej ale mimo wysiłków dłoń się zatrzymuje. Przymykam powieki i zaczynam sobie wyobrażać wielką, męską gruchę, która brutalnie rozwierca moje wnętrze. Marzy mi się gigantyczny chuj, który pozbawi mnie przytomności. Teraz tylko kciuk masuje moją prostatę, a myślami uciekam do mojego ukochanego wątku literackiego. Tak, ja pragnę być Azją Tuhajbejowiczem, nadziewanym na pal przez młodego Nowowiejskiego. Ten fragment z powieści Sienkiewicza zawsze mnie pobudza. Już dochodzę, palec wyczynia sensacje z moim gruczołem, który intensywnie pobudzony, pompuje na zewnątrz śluz.
– Synuś, długo jeszcze, bo muszę do środka – krzyknęła matka zza drzwi, znieruchomiałem, nabierając powietrza.
– Już kończę, zaraz wyjdę mamo - powiedziałem, starając się brzmieć naturalnie.
– Co ty tam tak długo robisz, synuś?
– Wygrzewam się, bo zmarzłem.
– Jak wyjdziesz, to zjedz te pyzy, proszę!
– Dobrze mamo – mówiłem, wychodząc z wanny. Kilka minut zajęło mi doprowadzenie do porządku siebie i pomieszczenia.
Niepocieszony takim obrotem spraw wyszedłem z łazienki, schowałem młotek i udałem się do kuchni, by w końcu zjeść te cholerne pyzy.
Kilka dni przed Andrzejkami odpływałem w myślach, kreśląc scenariusze erotyczne. Po powrocie ze szkoły kładłem się na łóżku, zakładałem słuchawki od walkmana, którego sobie kupiłem na szesnaste urodziny i słuchałem płyty Michaela Jacksona „Dangerous” z moim ukochanym „Will You Be There” i „Black or White” Backstreet Boys, czy Wham!. Piotrek słucha disco-polo, a Andrzej jest rockowy, więc wspólnie słuchaliśmy jedynie notowań „Listy przebojów programu trzeciego”. Muzyka pozwalała mi, wyłączyć się i marzyć. Moje rozbudzone libido domagało się spełnienia. Wymyślałem historie, które mogą się zdarzyć w ten piątkowy wieczór. Robiłem przegląd szkolnych przystojniaków, przywoływałem ich obrazy z pamięci. Na czele listy był o rok młodszy Łukasz i o rok starszy Andrzej. Łukasz to taki fajny byczek, szatyn o twarzy aniołka, nigdy go nie widziałem z żadną dziewczyną, więc może coś jest na rzeczy? Z takim chłopakiem fajnie, by było mieć swój pierwszy raz. Nie miałem jednak pomysłu, jak do niego zagadać. Co, miałem się zapytać „ruchasz się?”. W odpowiedzi pewno otrzymałbym fangę w nos. Ale pomarzyć zawsze można, więc marzyłem sobie, że jego silne ramiona obejmują mnie, a jego pała rozrywa mój środek. Chciałem być w jego w żelaznym uścisku, czuć się stłamszony, osaczony i nim wypełniony. Ach, te wizje ale jak one się mają do rzeczywistości?
Realnie to miałem koleżanki, które nie rozbudzały we mnie żadnego ognia. **, fajnie się z nimi gadało, włóczyło się po mieście dla zabicia czasu, ale nic poza tym. Czasem coś ciekawego opowiadały o swoich intymnych sprawkach, więc wiedziałem jakiego ma Marek i że szybko dochodzi, że Jurek to brudas i nie dba o higienę. Zresztą ci goście, byli na bardzo odległych pozycjach mojej listy marzeń.
Co innego Andrzej, on królował chyba we wszystkich młodocianych snach dziewcząt oraz chłopców, którym podobała się wcale nie płeć przeciwna. Twarz gwiazdy filmowej i boskie ciało. Najprzystojniejszy gostek w szkole i chyba nie tylko. Prowadza się niestety z Elką, laską z ogólniaka. Można by rzec piękna para. Ona szczupła blondynka, o dużych zielonych oczach, przy tym bardzo zgrabna. Nie powiem, w swoich marzeniach zazdrościłem jej takiego chłopaka. On może miał ze sto osiemdziesiąt dwa centymetry wzrostu, szatyn o gęstych włosach, naturalnie lekko skręconych, przystrzyżonych krótko, po męsku. O Andrzeju można mówić dużo, przyglądam mu się już ponad rok. Gwiazda szkoły, wiecznie otoczony wianuszkiem wielbicielek i przydupasów. Ten towar, który się przy nim kręci, na pierwszy rzut oka oceniam na zero, w skali od zero do dziesięć. Panny w typie „świnka z rusztu”, wysmażona na solarce, *****, doklejane kłaki, wiecznie głośne. Kolesie, to typowi kreszowcy, wielokolorowe, tandetne dresy z bazarku, noszone na okrągło przez cały tydzień, z zaniedbaną cerą, śmierdzący fajkami, ciągle pohukujący. Takie jest oto otoczenie gwiazdy. No i ona błyszczy na tym tle, a wszystkie odrzuty chłoną jej lśnienie. On zaś jest inny, twarz jak z amerykańskiej reklamy. Zarysowane kości policzkowe, lekko zadarty nos, błękitne oczy w ciemnej oprawie i niebywale harmonijne zbudowane ciało. Nie raz go obserwowałem jak grał w nogę na boisku. Zbudowany jest sam z siebie, nie przez siłownię: umięśniona klatka piersiowa i barki, wąska talia, apetyczna pupa, nogi pokryte delikatnym ciemnym meszkiem, cienkie w pęcinach, a nad nimi cudowne umięśnione łydki. Jest jeszcze jeden szczegół, który rzuca się w oczy, a mianowicie mocno wypchane krocze. Niestety, pewno nie będzie mi dane, poznanie zawartości jego bielizny ale to jeszcze bardziej rozpala moją wyobraźnię. Widać też po nim, że ma inny gust. Nosi jednokolorowe bluzy od markowych dresów i dżinsowe spodnie. To jest facet dla mnie. Niestety, o rok starszy i w klasie o profilu technicznym. On nawet nie wie o moim istnieniu, na dokładkę ma urodziwą laskę. Ah pech! Ale moja wyobraźnia pozwalała mi tonąć w objęciach, to Andrzeja lub Łukasza. **, jestem taki marzyciel, z ciągle sterczącym fiutem.
Przyszedł oczekiwany piątek. Rano nie byłem w zbyt dobrym nastroju, bo listopad i pogoda pod psem. Zdawałem sobie sprawę, że moje szanse na utratę dziewictwa w andrzejkowy wieczór, są równe zeru. Choć szkolna „dyska” jest ciekawszą propozycją na wieczór, niż siedzenie w domu i słuchanie muzyki, czy patrzenie w ekran telewizora. Przynajmniej dupsko wytrzęsę rytmicznie. Cóż, uwielbiam tańczyć. Spędzę wieczór z dziewczynami, a potem noc u ciotki Krysi. Wczoraj spakowałem torbę, bo po lekcjach już nie wrócę do domu.
Wstałem wkurwiony, Piotr podobnie i wymieniliśmy między sobą rutynowe ”pierdol się” na dzień dobry. Znowu wiało i padało, więc wyszedłem z domu w ostatniej chwili i mało nie spóźniłem się na autobus. W szkole zaś rutynowa nuda. Umówiłem się z dziewczynami na godzinę szesnastą. Po zajęciach pojechałem do ciotki, gdzie wziąłem prysznic. Ubrałem nowe spodnie Levis’a, białą podkoszulkę, flanelową koszulę w biało-niebieską kratę, granatowym swetrem z cienkiej dzianiny przewiązałem się w pasie. Byłem prawie gotowy, jeszcze tylko "Joop", by roztaczać przyjemną woń. Jak na mó gust, to są idealne perfumy na wieczorne wyjście, niezwykle intensywne i trwałe. Na nogi czarne półbuty martensy, a na wierzch zielona kurtka flyers z pomarańczową podszewką.
Wysiadłem z autobusu i zobaczyłem Ankę, Kaśkę i Justynę. Paliły papierosy i przestępowały z nogi na nogę. Podchodząc do dziewczyn przywitałem się:
– Cześć panienki, piździ, co?
– Kurwa, ile trzeba na ciebie czekać, niedźwiadku – rzuciła Justyna.
– Chujku, nie mamy czasu, a ty się spóźniasz dobre dwadzieścia minut – obruszała się Kaśka.
– Czasu to mamy w chuj, laseczki – odpowiedziałem.
– Nie mamy, trzeba zrobić podkład pod „deske” - perorowała Anka.
– Jaki podkład? Macie kościołowe tapety na buziaczkach – odpowiedziałem.
– Podkład w sensie … e , a wyskakuj z kasiory, kupujemy dwa winczaka, a ty leć do kiosku i kup plastikowy kubeczek – zgasiła mnie Justyna.
– Laski, ja nienawidzę *******u – oponowałem.
– Oj, tam pierdolisz, trzeba coś wlać na śmiałość i luz przed imprezą – dodała Kaśka.
Po dziesięciu minutach szliśmy do „Małpiego gaju”, czyli parku koło Drzewnej, by rozpić koszmarne wino „Bangkok”. Z etykiety tego trunku uśmiechała się do nas cytata, roznegliżowana panienka, a we mnie od tego widoku i świadomości, że nie wykręcę się od kosztowania tego napoju, zbierało się na mdłości. „Boże za jakie grzechy? Miało być przyjemnie, a robi się masakra” myślałem, idąc z dziewczynami w kierunku samotnej ławki. Anka przejęła butelkę, z dużą wprawą pozbyła się plastikowego korka. Nalała żółtawy płyn do plastikowego kubka, który normalnie służy jako naczynie do płukania zębów. Podała mi szklankę z chytrym uśmieszkiem, mówiąc:
– Pij, pizduniu. Zobaczymy jaki jest z ciebie chłop.
– Dziewczyny ja się porzygam, jak to wypiję… – zajęczałem.
– Nie pierdol, tylko pij i to na biegu. Wiesz hola, hola, siup kontrola – rzuciła Kaśka.
Pełen obaw wziąłem do ust kubek z winem. Obrzydliwy zapach stęchłych owoców, smak nadgniłych wiśni z czymś jeszcze, powodował, że piłem to z dużym niesmakiem. Czułem jak obiad ciotki przewraca się w moim żołądku. Gdy skończyłem szumiało mi w uszach i walczyłem z odruchem wymiotnym. Dziewczyny rechotały, Anka klepała mnie po plecach, mówiąc:
– Albin, ty miękkim chujem jesteś robiony. Chłop, a pizda.
– To było obrzydliwe dziewczyny. Chyba gorsze niż wódka.
– Pierdolisz – powiedziała Justyna, wychylając duszkiem kubek złocistego płynu.
– Kochanieńki ucz się! Wkraczasz w dorosłość – dodała Kaśka, wlewając mi kolejną porcję owocowych szczyn.
Następny kubek jabola mój organizm przyjął z godnością, już mnie tak nie podbijało. Po kilku minutach zrobiło się jakoś dziwnie wesoło. Nawet pogoda przestała nam przeszkadzać. Paliliśmy papierosy, dopijaliśmy wino, a dziewczyny wyraźnie rozluźnione snuły plany ataku na dzisiejszy wieczór. Jedna przez d**gą dzieliły się opiniami na temat facetów ze szkoły i któremu warto by było dać. Dopytywały się, którą laskę zamierzam dziś wyrywać. Ja coś kręciłem, że jeszcze nie wiem, że może kogoś z pierwszej klasy. Choć w głowie miałem swoje typy ale nie mogłem im tego wyjawić.
Opuszczaliśmy park w dobrych nastrojach, podlanych tanim winem i kierowaliśmy się w stronę szkoły. Gdy byliśmy już na miejscu, trwała tak zwana część artystyczna. To coś, to w zamierzeniu dowcipna interpretacja andrzejkowych obyczajów, ale niestety wiało nudną i piździeńką, z gatunku wcale nie śmieszne. Mnie zaś było bardzo gorąco. Czułem jak zarzucam tyłkiem przy każdym kroku, chwilami tracąc kontrolę nad swoimi ruchami. Po kilkunastu minutach, zaczęły się tańce, dziwnie napakowany energią i pozbawiony wszelkich oporów, wyginałem się jak piskorz na parkiecie.
Niestety, nic co piękne nie może trwać wiecznie. Najpierw poczułem, że mam w głowie młynek, potem ciągle odbijało mi się wino „Bangkok”, a na koniec zostałem przechwycony przez „Grubą Bertę”, czyli koleżankę z kasy. Beata, bo tak miała na imię, to mała bardzo grubśna sztynka o wyłupiastych oczkach i dużych cycach. Przylgnęła do mnie mocno, łapiąc mój tyłek w dłonie, ocierała się o mój tors ogromnym biustem w rytmie muzyki. Jej dłonie wędrowały z mojej dupy na plecy i z powrotem. Czułem się uwięziony w jej mackach, było gorąco więc jej spocone ciało parowało mieszanką zapachów, które nie były przyjemne. Tanie perfumy o ostrej kwiatowej woni mieszały się z odorem spoconego cielska. W głowie szumiał mi *******, a w nozdrza uderzał ten koktajl smrodu. Czułem, że wino „Bangkok” ma zamiar wydostać się z moich wnętrzności.
– Beata, przepraszam, ja muszę do kibla. Opiłem się wina i jest mi niedobrze – wykrzyczałem jej do ucha, wyrywając się z okowów jej rąk. – Bardzo przepraszam – widziałem jej zawiedzioną minę. Odwróciłem się na pięcie i chwiejnym krokiem przebijając się przez ciżbę tańczących, dotarłem do wyjścia. „Oż, kurwa, żeby zdążyć do kibla” myślałem gorączkowo, biegnąc korytarzem, a potem po schodach. Zaciskając siłą woli przełyk, dopadłem do drzwi kabiny i praktycznie w locie rzuciłem pierwszą salwę pawia, celując w muszlę klozetową. „Jaka ulga” przeleciało mi przez głowę. Potem wyrzuciłem z siebie jeszcze dwa potężne strumienie cholernego wińczaka, wymiesznego z kotletami ciotki. Kilka krótkich zrywów i podrygów żołądka, szczególnie bolesnych, ponieważ nic już z siebie nie mogłem wyrzucić, przywracało mi świadomość. Tylko z ust wydobywała się długa nitka gorzkiej śliny. Otarłem ją skrawkiem papieru toaletowego i chwiejnym krokiem podszedłem do umywalki. Najpierw płukałem zimną wodą jamę ustną i gardło, by pozbyć się niesmaku, potem obmyłem twarz i wróciłem do kabiny. Usiadłem na desce klozetowej, głowę oparłem o boczną ściankę. Świat wirował w mojej głowie, czułem się fatalnie i wspomnienie zapachu Berty oraz jej łap wędrujących po moim ciele, przyprawiał mnie o dreszcze. Przymknąłem oczy i gdzieś musiałem odpłynąć.
Ocknąłem się, słysząc jak ktoś w kabinie obok oddawał mocz. Nie miałem ochoty opuszczać swojej kryjówki. Byłem potwornie zmęczony, dobiegały mnie przytłumione odgłosy andrzejkowej zabawy. Planowałem wyjście. Nie miałem ochoty nikogo widzieć, a szczególnie Beaty i dziewczyn. Problemem było to, że byłem jeszcze pijany, a było stosunkowo wcześnie więc pewno musiałbym rozmawiać z wujostwem. Na spacer było za zimno i nie miałem siły. Postanowiłem, że posiedzę tu sobie jeszcze z godzinkę, myśląc o przyjemniejszych rzeczach niż taniec z „Grubą Bertą”, czy picie taniego wina.
Kiedy oczy mi się same zamknęły, a głowa opierała się o boczną ścianę kabiny, z drzemki wybudził mnie hałas, otwierających się drzwi do kibla i głosy chłopaków.
– No, ale, kurwa, to głupia cipa – powiedział ktoś.
– A ty, kurwa, co myślałeś? Że ona kapsko ci wystawi, bo z nią zatańczyłeś? – dodał ktoś inny.
– Pierdolicie Hipolicie, trzeba było nawijać, słodkie słówka, że od miesiąca tylko o niej myślisz, a nie po dziesięciu minutach, gdy nawet jej jeszcze nie przelizałeś, proponować ustawkę na schodach przy strychu. Jebnięty jesteś i tyle w temacie – ten głos znałem, to był Andrzej.
– No, ale, kurwa, wszyscy wiedzą, że to kurwa i daje na lewo i prawo każdemu – odezwał się pierwszy głos.
– Kurwa, ja idę szczać, a wy już polewajcie, bo mnie dziś moja wkurwiła, wydymała mnie i nie przyszła. Kurwa, księżniczka! Ona przecież do zawodówki na imprezę nie przyjdzie! Jebać ją! – to był głos mojej fascynacji seksualnej. Po chwili wszedł do kabiny obok i słyszałem jak z jego kutasa leje się mocny strumień moczu. Szkoda, że ściany między kabinami są murowane i nie ma w nich żadnej dziurki, by można było go podejrzeć. Chwilę to trwało, nim skończył. Słyszałem jak odrywa kawałek papieru toaletowego, pewnie do wysuszenia główki kutaska i dźwięk zamykanego zamka błyskawicznego. Potem już tylko szum spłukiwanej wody i trzaśnięcie drzwiami kabiny.
– O ja pierdolę, Marek coś ty za gorzałę kupił? – usłyszałem głos Andrzeja.
– No jaką, jaką? Ruską. Dobrą, bo tanią. I mamy literka w cenie połówki – odpowiedział Marek, którego kojarzyłem jako wysokiego blondyna z nieciekawą cerą.
– Co się cykasz Andrzejku? Jest butelka, jest impreza i starczyło na dużą butlę Fanty – odezwał się trzeci głos rechocząc.
– Kurwa, panowie, ale my się tym usmarujemy równo i do obucha – przesadnie oburzał się Andrzej.
– A wy panowie teraz możecie mistrza Ireczka wycałować po dupie – dodał ten trzeci. – Czary mary i mamy szklankę.
– O ja pierdolę, jaki zaradny, ale po dupie całuj się sam, jak potrafisz – recholał blondyn. – Może ty jak pies i jaja sobie liżesz.
– Marek zaraz ci przypierdolę, w ten rozhahany ryj! Nie jestem człowiekiem gumą, sam pewnie sobie kutasa usteczkami obciągasz. Polewaj, bo się ściemnia.
– Kurwa, Marek nie po pół szklany, bo kora tu zdusimy.
– Oj, panienki, walimy nasze kawalerskie – wyraźnie podniecony tokował Marek „Polejwóda”.
– Co to za gorzała?
– „Kremlowska”, czy jakoś tak.
- Ja pierdolę, to „karbidówka” żebyśmy nie poślepli.
Siedziałem w kabinie z ciężką głową, świat ciągle mi wirował, tak samo jak ściskał się mój żołądek. Było mi niedobrze. Opierałem głowę o zimne kafelki ściany kabiny. „Kurwa” – myślałem – „ile tu oni będą siedzieli?”. Ta muzyka dochodząca z dołu, ich gadanina, głupie dowcipy, dym papierosowy, to wszystko szumiało mi w głowie. Wszystko, co ze mną się działo w tej chwili, było odrealnione. Miałem wrażenie, że siedzę gdzieś oddzielony od rzeczywistości, kształty przed moimi oczyma zmieniały właściwe proporcje, to wydłużały się, to kurczyły, falując. Dobiegające z zewnątrz słowa pohukiwały echem w mojej głowie, a słowa zatracały swój sens, odbijając się bólem pod czaszką. Czasami otwierały się drzwi do toalety: ktoś wchodził do sąsiedniej kabiny, oddawał to do czego zmuszała go matka natura i wychodził. Ktoś łapał się na „dziobka” u biesiadujących na pa****cie, a ja trwałem w pozycji siedzącej. Moje ciało straciło witalność, najchętniej bym się tu położył, spał ale resztki świadomości mówiły mi, że muszę wrócić na Południe do ciotki. Czas sobie mijał w swoim rytmie, a ja powoli odzyskiwałem świadomość. Kabina nie była już taka klaustrofobiczna. Ściany przestały falować, a z rozmów toczących się przy pa****cie docierał do mnie ich sens, choć ich słowa zaczynały pływać, a czasem potykać się, słychać było już wpływ *******u.
– A znacie to, przychodzi facet do lekarza i mówi: Panie doktorze mam problem, ciągle sobie przydeptuję chuja obcasem. Jest tak długi, że przez nogawkę ciągle mi wypada.
– No, nie pierdol, hahahahah też takiego chcę!
– Pewnie Ireczku, bo ty masz karzełka nie kutasa! – Irka trzeciego biesiadnika, nie potrafiłem skojarzyć z twarzą.
– Kurwa, wara od mojego fiuta, nie widziałeś go więc nie pierdol!
– Kurwa bo kawału nie skończę, przestańcie! I doktor facetowi kazał go okazać, faktycznie był bardzo długi i miał podrapany łeb. Doktor mówi do pacjenta: możemy Panu go skrócić. Facet mówi: dobra ale to niegroźna operacja, co? Doktor odpowiada że tak. Po tygodniu gościu ***********y leży na sali, gotowy do operacji, a doktor ma wątpliwości: o ile go uciąć? Więc pyta pielęgniarki: jak pani sądzi o ile mu tego penisa skrócić? Pielęgniarka zaś odpowiada: ja to bym mu nogi wydłużyła.
– Hahahahaha nie pierdol, nogi wydłużyła!
– Znam lepszy – poznałem głos Andrzeja. – Przychodzi facet do lekarza i mówi: panie doktorze, mam fiuta jak niemowlę. Lekarz patrzy i mówi: nie wierzę, niech pan pokarze. Facet zdejmuje spodnie i rzeczywiście: pięćdziesiąt sześć centymetrów i trzy i pół kilo.
– Kurwa, kurwa, kurwa hahahahaha dobre, no ja pierdole, trzy i pół kilograma hahahaha!
– Hahahaha, ja też chcę mieć takiego fiuta hahahaha!
– Ja z innej beki – poznałem głos Irka. – Ksiądz odwiedza w Londynie swojego byłego wikarego na misji. Anglia to nie Polska, i nie ma na plebanii takich wypasionych wygód jak w kraju. I wikary mówi do księdza: – Panie proboszczu, noclegi w hotelu zamówiłem. To taki skromny hotel typu „bed and breakfast”. On znajduje się dwie przecznice stąd, trzeci budynek po lewej. Teraz mam mszę, czy ksiądz sobie poradzi? Proboszcz poszedł, ale wszedł przecznicę dalej niż powinien. Wchodzi do hotelu, a na recepcji pytają: – Jaką serwować obsługę? Męską czy damską? Oj, Boże – odpowiada proboszcz – oczywiście, że męską! Recepcjonista się odwraca i krzyczy – John myj dupę, ksiądz-pedał przyjechał!
– Hahahahahahahah dobre, myj dupę hahahaha, pedał hahahaha – to był głos Andrzeja.
– Znam lepszy – odezwał się Marek – Na moście stoi samobójca. Już ma skakać, a czuje dłoń na ramieniu, okazuje się że za nim stoi Święty Mikołaj. I Mikołaj mówi: – Chłopcze, co ty chcesz zrobić? Życie jest piękne. Chłopak odpowiada: – Gówno prawda, życie jest do chuja niepodobne. Straciłem robotę, nie mam gdzie mieszkać, a dziś rzuciła mnie dziewczyna! Mikołaj zaś mówi – Odmienię dzisiejszej nocy twój los, ale musisz stąd zejść do mnie i przestać myśleć o samobójstwie. No i Mikołaj z gostkiem tak gadali, aż chłopak się z nim zgodził, wypłakał się w rękaw. Święty w pewnym momencie mówi chłopakowi: – By odmienić twój los, jest jeden warunek, musisz mi zrobić laskę z połykiem. Chłopak znowu gramoli się na barierkę i mówi, że nie jest pedałem i w ogóle. Ale Mikołaj go znowu przekonał i powiedział: – Przecież nikt się nie dowie, a ja jestem Święty Mikołaj i to nie grzech, a wola świętego i próba wiary. Chłopak się zgodził i pod mostem obrabia pałę Mikołajowi. Ten głaszcze go głowie, spuszcza mu się do ryja i mówi do chłopaka: – Taki duży i wierzy ciągle w Świętego Mikołaja.
– Hahahahaha, ja pierdolę, hahaha, ja tam nie wierzę w Świętego Mikołaja – słyszałem Andrzeja.
– Hahaha, ja następnym razem powiem jakieś cipce, że jestem Mikołajem i jeżeli chce doznać cudu, to niech się bawi moim pastorałem hahahaha – darł się Irek.
– No dobra panowie, to kończymy, zostało po „dzubasie” i spierdalamy stąd, trzeba wypierdalać do domu i tak dziś nie zakutasimy, a mnie gorzała zaczyna rozpierdalać – konkludował Marek.
– Dobra polewaj i spadamy.
– Za pastorał Świętego Mikołaja, bach! Ogon w piach!
Tak przy pa****cie kończyła się impreza, ja zaś zbierałem myśli i siły. Musiałem przecież dotrzeć do domu ciotki i wyjść niepostrzeżenie. Ale jak to zrobić? W myślach kołatało się to pytanie, przecież wciąż byłem pijany. No i ta ***** na Południe. – Kurwa, jestem jednak cienką cipą – myślałem, te laski wypiły tyle samo, a po nich spłynęło. A ja? Cacy ujebany, ledwo siedzę.
Chłopaki się zbierali, coś tam rozkminiali o lasencjach, samochodach. Z odrętwienia wyrwał mnie głos Andrzeja.
– Dobra, to ja jeszcze honorowo oddam mocz, do poniedziałku, siemka.
– Tylko tu nie zaśnij, my za dziesięć minut mamy czerwoniak, „dozobo” w poniedziałek.
– To bierzcie ze sobą ten pusty butel, by afery jakieś nie było – dodał Andrzej.
Jakieś odgłosy szurania, gadania, pożegnania, urywki rozmowy, otwieranie zamykanie drzwi, głośniejsza muzyka, a teraz znowu bębnienie sekcji perkusyjnej, ciężkie westchnienie i kroki. Znowu otwierają się drzwi ale do mojej kabiny i widzę w ręku grubego, długiego, białego kutasa wystającego z rozporka i ogłupiałą twarz Andrzeja.
– Kurwa, sorry – powiedziały przerażone usta i ogłupiała twarz Andrzeja, z tym fiutem na wierzchu, tak szybko zniknął z mojej kabiny jak się w niej pojawił – Kurwa, zamyka się drzwi do kabiny, gostku – krzyknął zza ściany.
– Kurwa, przepraszam – wyrzuciłem z siebie i kumulując wszystkie siły w mięśniach, wytoczyłem się z kabiny. Nie przewidziałem jednak tego, że zarzuci mnie w połowie ****i na zakręcie i że Andrzej też nie zamknął drzwi do swojego przedziału. Efektownie wpadłem na jego plecy, a on mało nie uderzył głową w ścianę za kibelkiem. Jakimś cudem powstrzymał nadany jego ciału impet wolną ręką, bo w d**giej trzymał swoje berło, z którego toczył się mocz. Odruchowo odepchnął mnie tyłkiem, a ja znowu straciłem równowagę. Siła odrzutu była tak znaczna, że wypadłem z kabiny i uderzyłem plecami o ścianę toalety, osuwając się w dół na podłogę.
– No ja pierdolę, kurwa, co za pojeb, zabiję cię gostek, kurwa, zalałem sobie spodnie – dobiegały do mnie słowa wściekłego chłopaka – Jak, kurwa, jesteś najebany to siedź na dupie! Pierdolona, pijana, męska menda – ciągnął dalej, ja odzyskiwałem ostrość wzroku i widziałem skuloną do przodu sylwetkę i ostry strumień moczu między nogami.
– Przepraszam, ale mnie zarzuciło na zakręcie i sam mówiłeś, że drzwi trzeba zamykać – bełkotałem coś na swoje usprawiedliwienie. On lał, ja patrzyłem. Skończył, widać było jak potrząsa fujarą, urwał kawałek papieru toaletowego i wycierał nim główkę, potem chował w majtki i spodnie swoje narzędzie, w końcu się odwrócił. Patrzyłem na to z pozycji podłogi, znowu nie miałem siły by się ruszyć. Widziałem w jego twarzy wściekłość, podszedł do mnie powoli i wycedził.
– Pojebańcu, co ty odpierdalasz? Mam cię zajebać, byś jutro nie poznał swojej facjaty w lustrze? – schwycił mnie za koszulę i podniósł do góry, przyciskając łokciem do ściany. Patrzył na mnie z góry tymi pięknymi oczyma, choć widziałem w nich złość. Ja zaś zamiast się skulić i przygotować na jakiś cios, przewróciłem oczyma i zacząłem się śmiać jak głupi – Kurwa, mendolazo zaraz ci jebnę w czoło!
– Pijany jestem, przepraszam, nie chciałem, ale to śmieszne było, no wiesz twój kutas przed moim nosem, a potem ja na twoich plecach – i znowu rechotałem. On starał się być groźny, mocniej przyciskał mnie do ściany ale teraz już całym ciałem, zbliżył swoją twarz do mojej tak, że czułem jego *******owy oddech. Mnie zaś było bardzo przyjemnie i nie odczuwałem żadnego strachu.
– Kurwa, zryty skurwysyn, to w ogóle nie było śmieszne, kurwa – jego parcie na mnie ustąpiło, odsunął się na pół kroku i patrzył na mnie z jakąś litością i zaciekawieniem – Gdzieś ty się tak usmarował?
– Gdzie na twarzy? Możliwe, bo rzygałem – odpowiedziałem rezolutnie.
– O ja pierdole, jaki przygłup, pytam się gdzie i z kim się tak napierdoliłeś ?
– Z dziewczynami w parku, winem marki Bangkok, a potem Gruba Berta wyrwała mnie do tańca i strasznie się pociła i śmierdziała. Ona mnie macała, wyrwałem się tu i rzuciłem pawia. Zasnąłem, potem wy przyszliście i tak jakoś zleciało – wyrzucałem z siebie bezwładnie słowa, a na jego twarzy pojawiał się uśmiech – dalej, wiesz, twój kutas, no i ciągle mnie jeszcze zarzuca.
– Kurwa, słaby zawodnik z ciebie, choć na pa****t, otworzę okno, to trochę wytrzeźwiejesz, musisz jakoś normalnie wyjść ze szkoły, by przypału nie było – to po powiedziawszy mocno schwycił mnie za ramie i poprowadził do okna, otworzył je, a chłodne powietrze uderzyło w moje ciało.
Siedzieliśmy na pa****cie. Ja trząsłem się z zimna, on patrzył na podłogę. Nie odzywał się. Wydawało mi się, że teraz on zaczyna odpływać, że wypity przez niego ******* zaczyna swoje magiczne działanie. W pewnym momencie sięgnął do kieszeni swojej kraciastej koszuli i wyciągnął paczkę czerwonych Marlboro. Jednego papierosa wsadził sobie w usta i go przypalił. Zaciągnął się dymem, spojrzał na mnie i zapytał – Chcesz zapalić? – skinąłem głową na potwierdzenie, on wyciągnął tlącego się papierosa z ust i mi go podał, sam odpalił kolejną fajkę dla siebie. W mojej głowie ciągle pojawiał się ten długi, biały kutas, trzymany w ręku, a ja zdecydowanie w ustach wolałbym trzymać tego właśnie fiuta, nie papierosa. W końcu przerwałem to milczenie między nami, taka okazja może się już nie powtórzyć pomyślałem.
– To mówisz, że twoja dziewczyna ci nie daje? – zapytałem z głupa frant.
– Ja nic nie mówię, co ty pierdolisz?
– Sam tak mówiłeś kolesiom, słyszałem. Ona chyba nie wie co traci, bo ja dziś te twoje cudeńko widziałem. Takim fiutem to każdemu zaimponujesz.
– Coś ty się tak do tego chuja przyssał? Ona ma zasady. I nie podsłuchuje się cudzych rozmów prywatnych. Przyjdzie czas, to będziemy ze sobą sypiać.
– Nie przyssałem się ale …. hum, no wiesz on wiszący wyglądał jak moje trzy – przecież nie mogłem mu powiedzieć, że chętnie bym się przyssał.
Kończyliśmy palić papierosy, ktoś znowu wszedł do kibla, niski grubasek z jego klasy szybko pobiegł do kabiny. Po kilku minutach wyszedł, spojrzał na nas i zapytał.
– A ty co? Teraz z dzieciakami pijesz?
– Nie, ale mu matkuje, bo się najebał. Rzygał tu i orła wywinął – odparł Andrzej.
– No to matkuj, ja lecę bo wyrwałem laseczkę. Pani nie powinna długo czekać na swojego rycerza – otworzył drzwi i wyszedł.
– Ciekaw jestem czy to nie Gruba Berta, bo by pasowali do siebie. Takie dwa grube kaszaloty – już to mówiąc żałowałem tej uwagi.
– A ty co? Kurwa, Leonardo DiCaprio jesteś? – powiedział i wyciągnął znowu fajki – Za dziesięć minut zrobimy test, czy nadajesz się do wyjścia ze szkoły.
– Jak ona ci nie daje, to jak sobie z tym radzisz? Jedziesz na ręcznym, czy masz jakąś lalunie na boku? Ja tam się przyznaję do tego, że mój kutas ma styczność tylko z moimi dłońmi, zresztą szybko się spuszczam – nie wiem czemu mu to powiedziałem.
On patrzył na mnie z niedowierzaniem i palił papierosa.
– No, to co masz kogoś na boku - zapytałem.
– Gostek, ja ciebie nie znam i na chuj ci ta wiedza?
– No, bo o czym tu gadać, najlepiej o seksie, zresztą pół wieczoru o tym gadaliście – ciągnąłem temat, by wprowadzić w życie szatański plan.– Tak w ogóle to mam pewien pomysł, jak tu siedzimy i trzeźwiejemy – uśmiechnąłem się, nabrałem powietrza w płuca i wyrzuciłem z siebie – Obiecaj, że mi nie przypierdolisz, jak coś powiem, proszę obiecaj.
– Co ty, kurwa, knuesz? – połykał litery i mówił. Właściwie to bełkotał i kiwał się siedząc na pa****cie, czyli wódka go rozbierała, a ja wiedziałem, że mogę to wykorzystać, by mu złożyć niemoralną propozycję. – Dobra, móf, bo chuj, no nie bdę cię bił, bo chuj ale mnie fazuje, kurrwa.
– No wiesz jak zobaczyłem tego twojego kutasa, to tak pomyślałem, że no ... bym ci zrobił loda – on przestał się gibać, zapadła cisza, a ja dalej brnąłem ze swoim kretyńskim wywodem, czułem jak mi serce wali, a na policzki występują rumieńce. – No wiesz, w życiu warto jest wszystkiego spróbować i …
Nagle wprawił swoje ciało w ruch. Chyba chciał mi walnąć na odlew albo mnie złapać. Jego nogi odmówiły mu posłuszeństwa, ja zaś zeskoczyłem z pa****tu obserwując jak Andrzej wywija orła i teraz podnosi się z podłogi do klęczek. W pierwszym odruchu skoczyłem do niego, by mu pomóc się podnieść, on jednak złapał mnie za głowę i ściągnął do siebie. Stykaliśmy się czołami, klęcząc na posadzce spleceni jego żelaznym uściskiem. On ciężko dyszał i zdzielił mnie z główki w skroń. Było to bolesne.
– Ałć, miałeś mnie nie bić – próbowałem się bronić. – Choć wstaniemy z podłogi – uścisk się poluźnił i wzajemnie się wspierając wstaliśmy. Andrzej odsunął się i stał, lekko się kiwając, patrząc na mnie spod byka.
– Kufa, ja, no, ty pedzio jesteś, czy jak – bełkotał podniesionym głosem. – Chuj, ja nawet nie wiem jak ty masz na imię, kurfa zobku, co ty odpierdalasz, co?
– Albin mam na imię. A pedałem nie jestem, ja tylko chciałem tak spróbować z ciekawości, jak to jest – coś bredziłem, by wywinąć się z nieprzyjemnej sytuacji. – Wiesz ja … – tu spuściłem głowę grając niewiniątko. – ...jakoś nie widzę, żebym miał szanse na seks chyba, że z Grubą Bertą, to już wolę...No, wiesz co...
Jego oczy mimo, że rozwodnione *******em wysyłały sygnał, że zbiera się w nich złość. – Gościu, Albin, czy chuj, co ty pierdolisz. I co, mego kutasa byś obrabiał?
– No, to tak yyyyyy, to by była próba, … no ja, tego nie robiłem z nikim. Jakby się tobie, albo mnie, nie podobało, to byśmy skończyli – łgałem w żywe oczy. Wiedziałem, że gdyby on pozwolił mi possać, to bym jego kutasa z ust nie wypuścił. – Przepraszam, zapomnij o tym, no tak mi się powiedziało, no widzę, że to głupi pomysł – grałem skruszonego, a nawet łezki pojawiły się w moich zakłamanych oczkach.
– Kufa, chua do papy ebany chce – siedział, rozkołysany ponownie na pa****cie, a ja stałem jak zawstydzona dziewica z boku, udając łkanie – Kufa, masz fart, że to ja. Kto iny, by ci wjebal. Kufa, teraz ja jestem najebany, kufa.
– To mam spierdalać, czy siedzieć tu z tobą? Wiesz, teraz ty musisz posiedzieć, bo wyjebiesz się na schodach. No, jeszcze z godzinę będą grali na dole – pokiwał głową i siedział. – Posiedzieć, czy iść?
– A w chuj siedź, kufa. Już mi jeden chuj. I gdzie to chciales mie obciągać? Kufa – chyba był coraz mniej kontaktujący.
– No tu w kabinie – i znowu słodka minka. – Tak po cichutku, wiesz drzwi skrzypią jak ktoś wchodzi do kibla, to wiesz można wtedy, no wiesz... . No, sorry jeszcze raz, bo ty, ... no tego, że dziewczyna ci nie pozwala na, … no wiesz i tak pomyślałem jak twego, no wiesz widziałem, że bym, no tego pomógł. Słyszałem, że czasem chłopaki w woju tak robią – wywody godne adwokackiej gadki. Niestety, młody pedał na prowincji, któremu testosteron upłynnia mózg, musi umieć łgać jak z nut i przy tym jeszcze grać.
– Ta, a w pierrlu to nawetw upe jeba. Kufa, ale jetem naebany. Kufa, a chuj. No, kufa uszaj dupe.
– Co mam sobie iść?
– Nieee , kufa do kabiny, obaczymy. Chuj, no bo mi się odechce – trafiłem w totka, hahaha !!! I taki niby spłoszony szedłem to ostatniej kabiny, on zataczając się szedł za mną. Weszliśmy, zablokował drzwi zasuwką. Na zbiorniku spłuczki leżała jakaś gazeta. On oparł się o drzwi i ciężko oddychał, a ja już czułem, że mój mały stoi i leje soki. Położyłem gazetę na podłogę, a na nią swój sweter. Runąłem na kolana. Moja twarz była na wysokości jego bioder. W głowie miałem setkę myśli – Co zrobić, by grać dziewicę i go nie spłoszyć? Sam bym mu go wyciągnął, ale udawałem nieśmiałego i zawstydzonego. A mój język chciał się wyrwać i oblizać lubieżnie wargi. On patrzył na mnie z góry i się odezwał.
– Chuj, to sekret, co? Kufa, co ja obię, krfa, kurfa – i rozpinał rozporek, opuścił spodnie do kolan, uniósł koszulę i zobaczyłem zielone bokserki, z mocno wypchanym kroczem. – Kufa, to poebane, chuj, no a pierdole. Ty jak chujowo, to ci mówię i chuj .. stop – skinąłem głową skromnie, nie mogąc się doczekać na rozwój wydarzeń. W środku mnie ściskało z podniecenia, jajka bolały jakbym sobie kręcił wora. – Kurde, zdejmuj te gacie szybciuchno, bo te jaja zniosę – tylko o tym myślałem. On chwiejąc się lekko oparty o drzwi, wypiął biodra i ściągnął bieliznę. Ten szybki ruch pozbawiony wstydu, objawił mi to na co czekałem od poprzednich wakacji. Lekko oliwkowa skóra nóg i brzucha, a między nimi mleczny pas skóry. Lekki zarost nóg przechodzący przez pachwiny na jajka, by mocniej zarysować się na podbrzuszu i ścieżka miłości prowadząca do pępka wyznaczona delikatnym owłosieniem. A w tym wszystkim zatopiony majestatyczny kutas. Biały, długi wał na kilkanaście centymetrów, swobodnie zwisający. Jego odznaczająca się żołądź, skrywana długim napletkiem. No i jaja duże, kształtne, w długim worku moszny. Chciałem zawyć z zachwytu, całować i pieścić, wąchać ale to by odkryło przed nim moją prawdziwą naturę. Więc jak skromna pensjonarka z wypiekami na twarzy patrzyłem na to cudeńko i czekałem na jego gest w bezruchu – No, kufa odechciało się, co?
– Nie, OK, tylko taki duży. No, nie myślałem, że aż taki – rozpływałem się udawanej nieśmiałości. Jak to się mówi? „Ą i ę, bułkę przez bibułkę, a kutasa najchętniej całą garścią”? I tak też zrobiłem. Powoli drżącą ręką go chwyciłem, był ciepły i wiotki. Udając prawiczka, i walcząc ze swoją żądzą, pochyliłem się nieśmiało do jego czubeczka językiem. On głęboko westchnął. Tak, czułem ten samczy zapach i resztek dezodorantu. Pierwszy smak to ostro-słony, mimo suszenia przez niego główki kutasa papierem toaletowym. Zawsze, nawet jak się suszy, to pozostaje gdzieś kropla moczu. Nie przeszkadzało mi. Pamiętałem smak brudnego kutasa Gawrońskiego, więc akurat ten smak był niczym w porównaniu z tamtym. Trzymałem tego chuja w ręce. Powoli moja dłoń zaczęła się poruszać pociągłymi ruchami. Kutas nabrzmiewał, rozciągał się wszerz i wzdłuż. Tężał w palcach. On oddychał głośniej, a ja widziałem duży, czerwony łeb fiuta, który otwierał swoją dziurkę, jakby w uśmiechu i chciał powiedzieć: – No, już dawaj swe usteczka. Obejmij mnie nimi, bo chcę się zanurzyć w twoim gardle. No, chodź słodziaku – otworzyłem usta, wysunąłem język i zacząłem go obijać wielkim czubem. Spojrzałem w górę. Andrzej miał zamknięte oczy, a ja w końcu zamknąłem w swoich ustach ten wielką głowę siura. Językiem osaczałem go z każdej strony, wywijając esy floresy.
– Kurwa, o ty, ahhh – usłyszałem z góry. Głębokie westchnięcia, czyli jak na razie jest dobrze. Chyba mu się podoba. Teraz delikatnie zacząłem poruszać głową w tył i w przód, a wielki grzyb penetrował moją jamę ustną docierając co chwila do granicy gardła. Teraz czułem jaki jest twardy. Nie mogłem szerzej otworzyć ust. Ten wielki mega-kutas mieścił się tylko trochę w ustach. Nadziewałem się na niego z uporem maniaka, zasysałem się na nim, po policzkach zaczęły spływać łzy, a po brodzie spływała moja ślina. Chuj zabierał mi co chwila oddech. Chciałem go więcej w sobie, chciałem by Andrzej nie stał bezruchu, ale mnie brutalnie pierdolił, by przebił się przez gardło i krtań do przełyku. Ale musiałem udawać, że to mój pierwszy raz, że jestem postrzelonym ale niewinnym chłopczykiem, a nie dziwką, która rozpycha w wannie swoją dupę trzonkiem od młotka. d**gą ręką złapałem jego wielki wór z jajami, macałem, pieściłem bawiłem się nimi – Kurfa, kurfa, ja pierdolę, o tak, dawaj – słyszałem z ust Andrzeja. Czułem, że w gaciach mam galaretę, że z mojej pałki sączą się soki. Puściłem trzon i tylko moja głowa rytmicznie i szybko nabijała się na Andrzejowy wał. Uwolnioną ręką odpinałem swój rozporek, by mój fiut nie brudził mi spodni – Kurwa, co robisz, nie wyjmuj kutasa bo rzygnę i będzie koniec – mówił do mnie.
Oderwałem się od jego gnata, obtarłem rękawem koszuli ślinę i łzy – Andrzej muszę, bo mam galaretę w majtkach. Jak się podniecę, to mi ciągle leci sok, kurwa. Proszę zamknij oczy i na wszelki wypadek patrz w górę, proszę. Chyba na razie jest OK, co?
– Dobra, dawaj mały, kończ to, bo mi jaja rozerwie – moja głowa, znowu nabijała się na część kutacha łzawiąc się i śliniąc. Jedna ręka pieściła jaja, zaś d**ga dodała odwagi jego biodrom. Teraz pomagał mi się wypełniać częścią siebie, poruszał biodrami, czub ostrzej atakował moje gardło. Śliniłem się mocniej, czasem się krztusząc i w końcu jego ręce chwyciły moją głowę. Działały dwie przeciwstawne siły: dłonie które mój rozwarty ryj pchały do przodu i biodra, które mnie ruchały. No w końcu moja dziwkarska natura dostawała, to co lubi, ostre jebanie. Było mi dobrze, lubię być narzędziem w czyichś rękach, dawać przyjemność komuś i samemu ją dostawać. Było mi gorąco. Mój kutas eksplodował niepostrzeżenie sam z siebie. Andrzej tego nie widział, głośno sapał, jęczał i mnie pierdolił, choć jeszcze nie tak ostro, jakbym tego chciał. Moja paszcza wypełniała się mieszaniną śliny i słonawego śluzu. Starałem się to przełykać, lecz część ciągle zalewała moją brodę. Nagle jego dłonie chwyciły mnie mocniej. Czułem pod palcami, że jego jądra wędrują ku górze więc je mocniej ścisnąłem. Jego chuj już drgał i wyrzucał do gardła nasienie, którym zakrztusiłem się. Wycofałem się trochę. d**ga i trzecia salwa zalewała mi twarz – Kurwa, już ja pierdolę uuuuuuuuuu – to był jego głos, spojrzał na mnie i zamarł na chwilę – Kurwa, ogarnij się, o ja pierdolę, spuściłeś się, no kurwa, zaraz się porzygam, kurwa, co ja zrobiłem? – złapał papier toaletowy, którym wycierał jeszcze twardego kutasa, szybko się ubrał. Ja klęczałem zalany jego spermą, otworzył drzwi i wyszedł lekko się zataczając, usłyszałem jeszcze wiązankę, otwieranie i trzaskanie drzwiami toalety. – To się nazywa podziękowanie – pomyślałem i zacząłem palcami zbierać resztki jego nasienia z twarzy, a potem z lubością ją zlizywać. Musiałem trochę posprzątać i się wytrzeć. Było cicho tylko rytmiczne dudnienie muzyki z dołu – Ha, ile tych kurewk szkolnych, by wszystko oddało za zrobienie laski Andrzejowi – myślałem, wyszedłem z kabiny. Przemyłem twarz i głowę wodą z kranu, wytarłem się swetrem i wyszedłem. Po godzinie byłem u ciotki. Gdy przyszedłem oni już spali, ja zaś nie mogłem spać i rozpamiętując, to co dziś się wydarzyło, znowu się zlewałem.
[b ]KONIEC CZ.1 ROZDZIAŁU III[/b ]
„Kurwa, jak ja nie znoszę listopada” myślałem, omijając chodnikowe kałuże na Alei Legionów, kierując się w stronę Placu Kościuszki, gdzie znajduje się mój przystanek autobusowy. Dziś samotnie wracałem późnym popołudniem do domu, spiesząc się na autobus. Pora zimnych wiatrów, szaro-bure ulice, a ludzie wkurwieni, odziani w ciepłe łachy, pozbawione kolorów. Latem na ulicach nawet takiego zadupia jak Łomża, można się przechadzać z przyjemnością. Czasem jest na kim oko zawiesić. Teraz z tego miejsca wyłazi jego prowincjonalność. Drzewa, krzaki dawno ogołocone z liści, ciągle pada, zimno i ciemno. O tej porze roku widać dopiero, jak to miasto jest brzydkie. Przypadkowa, powojenna zabudowa, miesza się z pretensjonalnym bałaganem ostatnich lat. „Gród nad Narwią” – miasto wojewódzkie, czyli koszmarna Polska rzeczywistość miast średniej wielkości, zniszczonych przez wojenną zawieruchę, odbudowanych bez składu i ładu przez komunistów. To miejsce nie ma żadnego uroku, lekkości. Nie dosyć, że teraz piździ i podmuchuje, czyli pogoda seksualna, to masz wrażenie, że oblepia cię jakaś lepka i brudna magma.
Dziś walcząc z chłodem i deszczem, nie mam ochoty na codzienny obchód po centrum miasta. Spieszę się do domu, by wygrzać się w gorącej kąpieli i odprężyć po kolejnym, nudnym szkolnym dniu. Pod szkołą zostawiłem swoje przyjaciółki Ankę, Katarzynę i Justynę, które też dojeżdżają z pobliskich wsi i miasteczek. Codziennie po lekcjach łazimy Długą, Krótką, Farną, Dworną zaglądając do sklepów i zajadamy się ulicznym żarciem. Czasem wybierzemy się do kina Milenium, na jakiś film ale i tak nasz rytuał kończymy w autobusach komunikacji miejskiej. Dziś nie miałem ochoty na naszą popołudniową włóczęgę i klnąc pod nosem na „okoliczności przyrody” gnałem na najbliższy czerwoniak. Już w autobusie przyklejony do szyby, beznamiętnie patrząc na dobrze mi znane widoki, rozmyślałem o rutynie i nudzie, w której byłem zatopiony. Przyszłość też nie zapowiadała się lepiej, a o przeszłości i teraźniejszości szkoda gadać.
Minął ponad rok od moich „upojnych” spotkań z Edwardem, który dzięki zrządzeniu losu przeniósł się do lepszego świata, tak bynajmniej twierdzi księga i ksiądz proboszcz. Cóż, jego „sportowy tryb życia” osłabił ściany naczyń krwionośnych i w marcu tego roku doznał rozległego wylewu. Jako, że Edward niespecjalnie się socjalizował, dopiero po trzech dniach został odnaleziony przez listonosza na kuchennej podłodze. Jego odejście nie wywołało u mnie żadnych głębszych refleksji, czy lawiny wspomnień. Podczas uroczystości żałobnej nudziłem się i myślałem o pierdołach. Czy jestem sukinsynem? Czy powinienem uronić łzę? Był to przecież mój pierwszy facet! Teraz Edward, a właściwie jego hektary, poszerzą moje rodzinne włości, bo po nowym roku ojciec odkupuje gospodarstwo Gawrońskiego od spadkobierców. Nie jest to dobra wiadomość dla mnie. Matka zapowiedziała uszczuplenie moich wydatków. Kurwa, trzeba oszczędzać przez tę inwestycję. Ja rozumiem, że to przyszłość moich braci, szczególnie Piotra ale co ja z tego będę miał? Marzę, by porzucić tę badziewną krainę nudy i nie wracać tu nigdy.
Wpadłem zziębnięty i przemoczony do domu, marząc o ciepłej herbacie. Gdy zdejmowałem mokrą kurtę i zmieniałem obuwie, usłyszałem z kuchni głos matki:
– Albin to ty?
– Tak, mamuś.
– Co dziś tak wcześnie?
– Zimno i pada, nie chciało mi się łazić nigdzie po szkole.
– To choć dzieciaku zjesz obiad.
– Mamuś zrób mi tylko herbatki z cytryną – powiedziałem, wchodząc do kuchni, siadając przy stole.
– Aluś, krupniczek mam i pyzy z mięsem.
– Mama, jadłem w szkole i po szkole – oczywiście było to kłamstwo. Bo żelki i cukierki trudno nazwać jedzeniem. Ja zresztą nigdy nie miałem jakiegoś parcia na żarcie, nie to co Piotr i Andrzej. Oni zawsze jedli za trzech.
– Synek, to może samą zupkę? - zachęcała matka.
– Dziękuję, nie jestem głodny. Zjem dwie pyzy na kolację, bo widzę, że napracowałaś się. Teraz proszę tylko o herbatę.
– Oj, synek, synek, ty się jakieś choroby nabawisz – westchnęła mama i zabrała się za robienie herbaty. Gotowy napój postawiła na stole. Ja zaś powoli zacząłem go sączyć.
– To jak w szkole? - zapytała rodzicielka.
– Jak? Nijak, jak codziennie – odpowiedziałem.
Matka odwróciła się do garnków, coś w nich mieszając. Z radioodbiornika dochodziły dźwięki „Remedium”, w wykonaniu Maryli Rodowicz, matka nuciła razem z nią. Ja kończyłem herbatę, już miałem wychodzić ale przypomniałem sobie o Andrzejkach.
– Mamuś, zadzwoń do cioci Krysi i zapytaj się, czy w przyszły piątek mogę u nich nocować?
– Co będziesz robił w Łomży do nocy?
– Mamy Andrzejki w szkole, będzie jakiś program artystyczny. No wiesz, wróżby a potem szkolna dyskoteka.
– Ale to chyba w środę za dwa tygodnie są Andrzejki?
– No tak dlatego imprezę robią wcześniej w piątek, bo środa to środek tygodnia.
– Dobrze zadzwonię do Krysi wieczorem, jak nie mają jakiś planów to się zgodzą. Wątpię, czy dziewczyny zjadą z Warszawy na weekend – powiedziała mama. Ciocia Krysia, to siostra mamy, która mieszka w Łomży na Południu, czyli takiej noclegowni, największym łomżyńskim osiedlu. Jej dwie córki bliźniaczki studiują w Warszawie.
– Dzięki matuś. Idę do łazienki bo coś mnie w kościach łamie, wezmę ciepłą kąpiel i się położę.
– Oj, synuś bo ty taka chudzinka i jak tylko jest trochę zimno, to od razu chorujesz. Może jednak zjesz teraz?
– Nie mamo, naprawdę zjem coś potem – odpowiadałem, myśląc już o młotku.
Wyszedłem z kuchni do przedpokoju, a z szafki z narzędziami wziąłem swój ulubiony młotek z długim i grubym trzonkiem. Z pokoju zabrałem swoje dresy, które kupiłem sobie na szesnaste urodziny, czarne oryginalne Pumy, bokserki i koszulkę. Potrzebowałem relaksu, odrobiny przyjemności. Pora roku, pogoda, brak seksu i oszczędności w domu rodzinnym, to wszystko mnie frustruje. Edward rozbudził moje królicze libido. Teraz nawet trzy razy dziennie muszę się zaspakajać, robiąc to przed szkołą, w szkole i po szkole. Najprzyjemniej jest wieczorami w łazience, gdy zażywam ablucji. Odkryłem uroki zabaw z własną szparką. Najpierw były paluszki, potem warzywka, a teraz używam trzonka od młotka. Kiedy idę się kąpać, zabieram to narzędzie ze sobą.
[i ]Chyba w lipcu leżąc w wannie i bawiąc się sobą, szczypałem moje drobne sutki, d**gą ręką dotykałem krocza. I przypomniałem sobie dowcip o pedałach.
Na zjeździe absolwentów tylko dwóch gości przyznało się, że nie mają rodziny. Chłopcy trochę wypili i dogadali się, że są „inni”, więc spędzili razem noc. d**giego dnia jeden z nich mówi do d**giego:
– Tylko nie mów, że było ci niedobrze ze mną.
– Nic takiego nie mówię.
– Jeszcze nikt tak nie wył podczas ruchania jak ty. Co cię pchnąłem, toś rzucał głowę do tyłu i krzyczał: UUUUUUUUUUU, HRRRRRRR !!!!!!
– Wiesz, to trzeba było mi dać czas, bym zdjął koszulę, bo tak razem z chujem wpychałeś mi do dupy tył koszuli, a nawet nie odpiąłem guzika pod szyją!
Tak bawiąc się w wannie i przypominając sobie ten głupi dowcip, pomyślałem, a co to będzie, jak sobie tam włożę paluszki? Mam chude i długie palce, w ogóle mam delikatne dłonie. „A raz kozie śmierć” pomyślałem i palcem wskazującym zacząłem wodzić po otworku. Zrobiło się miło. Wyczuwałem delikatne bruzdy, rozchodzące się promieniście. Delikatnie naciskałem naciskałem tą strukturę, a moja pałka już wierzgała główką. „O w mordę” pomyślałem - „ale jazda”. Ciepła woda i moje dłonie, jedna ciągle skubała sutki, a palce d**giej eksperymentowały z moją dziurką. Zrobiło mi się gorąco, przygryzałem wargi. Pragnąłem większego dostępu do czarodziejskiej szpary, więc zarzuciłem stopy na ranty wanny, teraz byłem rozwarty. Mimo oporu udało mi się wtargnąć palcem wskazującym do środka siebie. Oczy mało mi nie wypadły na policzki. To było odlotowe! Mój kutas zwariował, a dupa mocno zacisnęła się na paluszku. Było to bardzo przyjemne uczucie. Kurwa, gdy nim mocno natarłem głębiej, moje ciało wpadło w konwulsje. „Tego jeszcze nie grali” - przemknęła mi myśl. Z każdym ruchem wydobywałem z siebie mysie piski, oddech się spłycał, a ja wierciłem dupskiem, jakbym miał owsiki. Tym razem to był większy owsik, mój ciepły palec. Dobijałem nim do kłykci, wierciłem w środku. d**gą ręką dorwałem się do sztywnego siurka i wpadłem w amok. Palec drylował mnie wewnątrz, zaciśnięta na kutasie dłoń szarpała go boleśnie w górę i w dół.
Pod przymkniętymi powiekami, przewijały się obrazy super fiutów, które chętnie bym gościł w swojej wątłej dupinie. Były czarne, brązowe, białe, a wszystkie duże, olbrzymie i jeszcze większe, soczyste i grube. W tym wszystkim zapomniałem o bożym świecie, nie myślałem o matce, która właśnie w kuchni walczyła z garami, słuchając radia i przygotowując strawę dla rodziny. Woda z chlupotem zalewała podłogę łazienki. To ekstatyczne przeżycie skończyło się wielokrotną salwą spermy i urwanym jękiem. W głowie mi huczało od upojenia, wysuwałem palec nie mogąc zaznać spokoju. Ciało drżało, odczuwałem zmęczenie jak po długim biegu, musiałem wyrównać oddech. „Kurwa, co to było” pytałem sam siebie. Gdy wyszedłem z wanny i próbowałem posprzątać burdel, który tu zrobiłem, moje ciało ciągle było jak z waty. W tyłku zaś czegoś mi brakowało. Sam pozbawiłem się cnoty, czyli byłem już niecnotą.
To było epokowe odkrycie. Może moja pałka jest żartem ale dupa jest boska. Szparka, której wiecznie mało. Ona pulsuje, zaciska się i drży, witając każdego gościa, który tu zabłądzi. Tak się zaczął pierwszy sezon "dupnego festiwalu". Pragnąłem ją wypychać, wypełniać i dopychać. Zatkać czymś ujście tej żarłocznej na doznania rury. Wiedziałem, że jestem „Albin dziura do zapchania”. To było moje przeznaczenie, moja karma. Po tygodniu wpychałem trzy palce po kłykcie, siadałem na dłoni, by było głębiej i pełniej. Później przeszedłem na weganizm. W moim odwłoku rosły warzywa: marchewki, pietruszki i pory. W marzeniach upychałem tam arbuzy i dynie. Jednak tak naprawdę marzyłem o wielkim, mięsistym, ciepłym i żywym kutasie, który by hardo ją rozbijał na części, by ją otwierał szeroko, ukazując różową przestrzeń środka, by pompował w nią bezlitośnie swoje soki, by z niej się one wylewały, spływając na moje jaja. To o tym marzyłem!!! Jak ja nienawidziłem miejsca, w którym mieszkam, skąd ja wezmę słodkiego fiuta do mojej dziury?
Któregoś dnia pod prysznicem, moje pupsko miało romans z dorodnym porem. Pan Kutas oddał ostatni wystrzał. Por był zmaltretowany, raczej nie nadawał się już, do gotowania na nim rosołu. Sprawdzić chciałem, jak się ma mój otwór po gwałtownym użytkowaniu i czy nic tam nie zostało z zieleniny w środku. Postawiłem stopę na krawędzi wanny, kciukiem zaś obracałem w strategicznym punkcie.
– Kurwa, ahhhh – wyrzuciłem z siebie.
Stało się coś, czego się nie spodziewałem, palec uderzył w jakąś moją czułą strunę. Spiąłem się i po chwili znowu uderzałem palcem w to miejsce. Przeżycie było inne, niż wszystko co do tej pory znałem. Pała sama na powrót zrobiła się sztywna, a w dupie i mojej głowie szalał orkan. Tarłem wyczuwalny guzek z zapamiętaniem, a z kutasa sączył się samoczynnie przeźroczysty, lepki płyn w ilości, o którą go nie podejrzewałem. Noga na której trzymałem ciężar ciała, drżała i sprawiała mi ból. Oddychałem płytko i skupiałem się na ekstazie, która mną zawładnęła. Kilka gwałtownych ruchów kciukiem i strzelałem silnie, obficie na łazienkowe kafelki, po których powoli spływało, wszystko to co z siebie wyrzuciłem. Oparłem głowę o ścianę, czułem się, jakbym przepracował cały dzień na ojcowym polu. Wiotczałem powoli, wyrównując oddech, chyba dotknąłem bram raju. Moja dupa, moja ziemia obiecana. Teraz wiedziałem, że mam instrument do wygrywania symfonii uniesień. Powinienem zostać wirtuozem więc jako pojętny, zdolny i pracowity uczeń praktykowałem przy każdej nadarzającej się okazji. Mój Stradivarius wymagał poznania jego budowy i właściwości.
Metodą prób i błędów doszedłem do perfekcji, w przygotowaniu instrumentu, przed ćwiczeniem szybkich pasaży palców. By gra była przyjemna, trzeba się pozbyć zbędnego balastu. Nie da się tego wydłubać, trzeba się wypłukać. Wąż od prysznica okazał się niezastąpiony. Oczywiście, że byłem tak głupi, iż początkowo serwowałem sobie niekończącą się sraczkę. Zachłanny na nowe doznania wlewałem w siebie cysternę wody, co kończyło się godzinną okupacją muszli klozetowej. Metodą małych kroków wypracowałem odpowiednią procedurę. By mieć udaną zabawę, musiałem mieć miejsce i czas. Moją salą koncertową stała się toaleta i czas wieczornej kąpieli. [/i ]
Dziś jako, że ziąb byłem wcześniej w domu, matka gotowała i oglądała swoje seriale, ojca ani Piotra nie było jeszcze w domu. Andrzej wyjechał na studia, mieszka *****arszawie, akademik „Cezar” przy ulicy Nowoursynowskiej. Jest studentem wydziału melioracji na SGGW-AR. Jak sam mówi „melioracja zawód wielki, suszy rowy i butelki”. Piotr, wraz z jego wyjazdem, stał się melancholijny. Widać, że bardzo tęskni za bratem. Mnie też jest nieswojo i trochę smutno. Nawet rano nikt się ze mnie nie nabija. Teraz kilka razy w nocy budziły mnie hałasy, to Piotr pozwalał sobie robić dobrze. Teraz co wieczór udawałem, że szybko zasypiam, by sobie posłuchać i może coś tam dojrzeć w ciemności. Piotr swój spektakl zaczynał powoli, z czasem ciężko sapał, potem ogarniała go furia, bo trzepał szybko i głośno. Dyszał, a na koniec jęczał i tracił oddech. Potem leżał kilka minut w bezruchu. Choć może to niemoralne ale lubię go podglądać. Oczywiście wtedy cichutko bawię się swoim siurkiem i też się spuszczam w piżamę. Jak kogoś interesują faceci, to nie ma znaczenia, czy to brat, czy swat. Chętnie bym sobie popatrzył, jak to robi bez tej kołderki i w pełnym świetle. Jeżeli mam być szczery, to i tak nie raz zlizywałem z boksów Piotra i Andrzeja pozostałości soków. Nie mówiąc o tym, że przy szybkim walonku w kibelku, wąchałem ich majtaski. Tak to się zdeprawowałem po letniej przygodzie z Edwardem.
Teraz leżałem w wannie, stopy opierałem o jej krawędzie, byłem rozwarty. Woda przyjemnie ciepła, a w moim tyłku trzonek od młotka, którym poruszałem powoli. Wpychałem go do końca, by mieć to boskie uczucie pełności, rozepchania. Cudowna mieszanina lekkiego dyskomfortu, połączona upojną uciechą. Tak mi jest dobrze, mógłbym być tak napełniony cały dzień i noc. Powoli wysuwam z siebie przedmiot, by szybko i silnie wepchać go z powrotem. Uwielbiam gdy moje wnętrze drży, a koniec trzonka uderza gdzieś w spód żołądka. Czasem przyspieszam, czasem zwalniam swoje ruchy. d**gą dłonią masuje jajka i korzeń kutasa, rozpływam się w tej uciesze. Miałem już jeden orgazm ale wcale nie mam zamiaru kończyć tej frajdy. Przyszedł czas, by ten krater atakowały palce.
Wanna to nie jest komfortowe miejsce do takich zabaw ale innego nie mam. Odwracam się na bok, zarzucając jedną nogę na brzeg wanny, wpycham do swej jamy trzy palce, uformowane w trójkąt, chciałbym zmieścić tam więcej ale mimo wysiłków dłoń się zatrzymuje. Przymykam powieki i zaczynam sobie wyobrażać wielką, męską gruchę, która brutalnie rozwierca moje wnętrze. Marzy mi się gigantyczny chuj, który pozbawi mnie przytomności. Teraz tylko kciuk masuje moją prostatę, a myślami uciekam do mojego ukochanego wątku literackiego. Tak, ja pragnę być Azją Tuhajbejowiczem, nadziewanym na pal przez młodego Nowowiejskiego. Ten fragment z powieści Sienkiewicza zawsze mnie pobudza. Już dochodzę, palec wyczynia sensacje z moim gruczołem, który intensywnie pobudzony, pompuje na zewnątrz śluz.
– Synuś, długo jeszcze, bo muszę do środka – krzyknęła matka zza drzwi, znieruchomiałem, nabierając powietrza.
– Już kończę, zaraz wyjdę mamo - powiedziałem, starając się brzmieć naturalnie.
– Co ty tam tak długo robisz, synuś?
– Wygrzewam się, bo zmarzłem.
– Jak wyjdziesz, to zjedz te pyzy, proszę!
– Dobrze mamo – mówiłem, wychodząc z wanny. Kilka minut zajęło mi doprowadzenie do porządku siebie i pomieszczenia.
Niepocieszony takim obrotem spraw wyszedłem z łazienki, schowałem młotek i udałem się do kuchni, by w końcu zjeść te cholerne pyzy.
Kilka dni przed Andrzejkami odpływałem w myślach, kreśląc scenariusze erotyczne. Po powrocie ze szkoły kładłem się na łóżku, zakładałem słuchawki od walkmana, którego sobie kupiłem na szesnaste urodziny i słuchałem płyty Michaela Jacksona „Dangerous” z moim ukochanym „Will You Be There” i „Black or White” Backstreet Boys, czy Wham!. Piotrek słucha disco-polo, a Andrzej jest rockowy, więc wspólnie słuchaliśmy jedynie notowań „Listy przebojów programu trzeciego”. Muzyka pozwalała mi, wyłączyć się i marzyć. Moje rozbudzone libido domagało się spełnienia. Wymyślałem historie, które mogą się zdarzyć w ten piątkowy wieczór. Robiłem przegląd szkolnych przystojniaków, przywoływałem ich obrazy z pamięci. Na czele listy był o rok młodszy Łukasz i o rok starszy Andrzej. Łukasz to taki fajny byczek, szatyn o twarzy aniołka, nigdy go nie widziałem z żadną dziewczyną, więc może coś jest na rzeczy? Z takim chłopakiem fajnie, by było mieć swój pierwszy raz. Nie miałem jednak pomysłu, jak do niego zagadać. Co, miałem się zapytać „ruchasz się?”. W odpowiedzi pewno otrzymałbym fangę w nos. Ale pomarzyć zawsze można, więc marzyłem sobie, że jego silne ramiona obejmują mnie, a jego pała rozrywa mój środek. Chciałem być w jego w żelaznym uścisku, czuć się stłamszony, osaczony i nim wypełniony. Ach, te wizje ale jak one się mają do rzeczywistości?
Realnie to miałem koleżanki, które nie rozbudzały we mnie żadnego ognia. **, fajnie się z nimi gadało, włóczyło się po mieście dla zabicia czasu, ale nic poza tym. Czasem coś ciekawego opowiadały o swoich intymnych sprawkach, więc wiedziałem jakiego ma Marek i że szybko dochodzi, że Jurek to brudas i nie dba o higienę. Zresztą ci goście, byli na bardzo odległych pozycjach mojej listy marzeń.
Co innego Andrzej, on królował chyba we wszystkich młodocianych snach dziewcząt oraz chłopców, którym podobała się wcale nie płeć przeciwna. Twarz gwiazdy filmowej i boskie ciało. Najprzystojniejszy gostek w szkole i chyba nie tylko. Prowadza się niestety z Elką, laską z ogólniaka. Można by rzec piękna para. Ona szczupła blondynka, o dużych zielonych oczach, przy tym bardzo zgrabna. Nie powiem, w swoich marzeniach zazdrościłem jej takiego chłopaka. On może miał ze sto osiemdziesiąt dwa centymetry wzrostu, szatyn o gęstych włosach, naturalnie lekko skręconych, przystrzyżonych krótko, po męsku. O Andrzeju można mówić dużo, przyglądam mu się już ponad rok. Gwiazda szkoły, wiecznie otoczony wianuszkiem wielbicielek i przydupasów. Ten towar, który się przy nim kręci, na pierwszy rzut oka oceniam na zero, w skali od zero do dziesięć. Panny w typie „świnka z rusztu”, wysmażona na solarce, *****, doklejane kłaki, wiecznie głośne. Kolesie, to typowi kreszowcy, wielokolorowe, tandetne dresy z bazarku, noszone na okrągło przez cały tydzień, z zaniedbaną cerą, śmierdzący fajkami, ciągle pohukujący. Takie jest oto otoczenie gwiazdy. No i ona błyszczy na tym tle, a wszystkie odrzuty chłoną jej lśnienie. On zaś jest inny, twarz jak z amerykańskiej reklamy. Zarysowane kości policzkowe, lekko zadarty nos, błękitne oczy w ciemnej oprawie i niebywale harmonijne zbudowane ciało. Nie raz go obserwowałem jak grał w nogę na boisku. Zbudowany jest sam z siebie, nie przez siłownię: umięśniona klatka piersiowa i barki, wąska talia, apetyczna pupa, nogi pokryte delikatnym ciemnym meszkiem, cienkie w pęcinach, a nad nimi cudowne umięśnione łydki. Jest jeszcze jeden szczegół, który rzuca się w oczy, a mianowicie mocno wypchane krocze. Niestety, pewno nie będzie mi dane, poznanie zawartości jego bielizny ale to jeszcze bardziej rozpala moją wyobraźnię. Widać też po nim, że ma inny gust. Nosi jednokolorowe bluzy od markowych dresów i dżinsowe spodnie. To jest facet dla mnie. Niestety, o rok starszy i w klasie o profilu technicznym. On nawet nie wie o moim istnieniu, na dokładkę ma urodziwą laskę. Ah pech! Ale moja wyobraźnia pozwalała mi tonąć w objęciach, to Andrzeja lub Łukasza. **, jestem taki marzyciel, z ciągle sterczącym fiutem.
Przyszedł oczekiwany piątek. Rano nie byłem w zbyt dobrym nastroju, bo listopad i pogoda pod psem. Zdawałem sobie sprawę, że moje szanse na utratę dziewictwa w andrzejkowy wieczór, są równe zeru. Choć szkolna „dyska” jest ciekawszą propozycją na wieczór, niż siedzenie w domu i słuchanie muzyki, czy patrzenie w ekran telewizora. Przynajmniej dupsko wytrzęsę rytmicznie. Cóż, uwielbiam tańczyć. Spędzę wieczór z dziewczynami, a potem noc u ciotki Krysi. Wczoraj spakowałem torbę, bo po lekcjach już nie wrócę do domu.
Wstałem wkurwiony, Piotr podobnie i wymieniliśmy między sobą rutynowe ”pierdol się” na dzień dobry. Znowu wiało i padało, więc wyszedłem z domu w ostatniej chwili i mało nie spóźniłem się na autobus. W szkole zaś rutynowa nuda. Umówiłem się z dziewczynami na godzinę szesnastą. Po zajęciach pojechałem do ciotki, gdzie wziąłem prysznic. Ubrałem nowe spodnie Levis’a, białą podkoszulkę, flanelową koszulę w biało-niebieską kratę, granatowym swetrem z cienkiej dzianiny przewiązałem się w pasie. Byłem prawie gotowy, jeszcze tylko "Joop", by roztaczać przyjemną woń. Jak na mó gust, to są idealne perfumy na wieczorne wyjście, niezwykle intensywne i trwałe. Na nogi czarne półbuty martensy, a na wierzch zielona kurtka flyers z pomarańczową podszewką.
Wysiadłem z autobusu i zobaczyłem Ankę, Kaśkę i Justynę. Paliły papierosy i przestępowały z nogi na nogę. Podchodząc do dziewczyn przywitałem się:
– Cześć panienki, piździ, co?
– Kurwa, ile trzeba na ciebie czekać, niedźwiadku – rzuciła Justyna.
– Chujku, nie mamy czasu, a ty się spóźniasz dobre dwadzieścia minut – obruszała się Kaśka.
– Czasu to mamy w chuj, laseczki – odpowiedziałem.
– Nie mamy, trzeba zrobić podkład pod „deske” - perorowała Anka.
– Jaki podkład? Macie kościołowe tapety na buziaczkach – odpowiedziałem.
– Podkład w sensie … e , a wyskakuj z kasiory, kupujemy dwa winczaka, a ty leć do kiosku i kup plastikowy kubeczek – zgasiła mnie Justyna.
– Laski, ja nienawidzę *******u – oponowałem.
– Oj, tam pierdolisz, trzeba coś wlać na śmiałość i luz przed imprezą – dodała Kaśka.
Po dziesięciu minutach szliśmy do „Małpiego gaju”, czyli parku koło Drzewnej, by rozpić koszmarne wino „Bangkok”. Z etykiety tego trunku uśmiechała się do nas cytata, roznegliżowana panienka, a we mnie od tego widoku i świadomości, że nie wykręcę się od kosztowania tego napoju, zbierało się na mdłości. „Boże za jakie grzechy? Miało być przyjemnie, a robi się masakra” myślałem, idąc z dziewczynami w kierunku samotnej ławki. Anka przejęła butelkę, z dużą wprawą pozbyła się plastikowego korka. Nalała żółtawy płyn do plastikowego kubka, który normalnie służy jako naczynie do płukania zębów. Podała mi szklankę z chytrym uśmieszkiem, mówiąc:
– Pij, pizduniu. Zobaczymy jaki jest z ciebie chłop.
– Dziewczyny ja się porzygam, jak to wypiję… – zajęczałem.
– Nie pierdol, tylko pij i to na biegu. Wiesz hola, hola, siup kontrola – rzuciła Kaśka.
Pełen obaw wziąłem do ust kubek z winem. Obrzydliwy zapach stęchłych owoców, smak nadgniłych wiśni z czymś jeszcze, powodował, że piłem to z dużym niesmakiem. Czułem jak obiad ciotki przewraca się w moim żołądku. Gdy skończyłem szumiało mi w uszach i walczyłem z odruchem wymiotnym. Dziewczyny rechotały, Anka klepała mnie po plecach, mówiąc:
– Albin, ty miękkim chujem jesteś robiony. Chłop, a pizda.
– To było obrzydliwe dziewczyny. Chyba gorsze niż wódka.
– Pierdolisz – powiedziała Justyna, wychylając duszkiem kubek złocistego płynu.
– Kochanieńki ucz się! Wkraczasz w dorosłość – dodała Kaśka, wlewając mi kolejną porcję owocowych szczyn.
Następny kubek jabola mój organizm przyjął z godnością, już mnie tak nie podbijało. Po kilku minutach zrobiło się jakoś dziwnie wesoło. Nawet pogoda przestała nam przeszkadzać. Paliliśmy papierosy, dopijaliśmy wino, a dziewczyny wyraźnie rozluźnione snuły plany ataku na dzisiejszy wieczór. Jedna przez d**gą dzieliły się opiniami na temat facetów ze szkoły i któremu warto by było dać. Dopytywały się, którą laskę zamierzam dziś wyrywać. Ja coś kręciłem, że jeszcze nie wiem, że może kogoś z pierwszej klasy. Choć w głowie miałem swoje typy ale nie mogłem im tego wyjawić.
Opuszczaliśmy park w dobrych nastrojach, podlanych tanim winem i kierowaliśmy się w stronę szkoły. Gdy byliśmy już na miejscu, trwała tak zwana część artystyczna. To coś, to w zamierzeniu dowcipna interpretacja andrzejkowych obyczajów, ale niestety wiało nudną i piździeńką, z gatunku wcale nie śmieszne. Mnie zaś było bardzo gorąco. Czułem jak zarzucam tyłkiem przy każdym kroku, chwilami tracąc kontrolę nad swoimi ruchami. Po kilkunastu minutach, zaczęły się tańce, dziwnie napakowany energią i pozbawiony wszelkich oporów, wyginałem się jak piskorz na parkiecie.
Niestety, nic co piękne nie może trwać wiecznie. Najpierw poczułem, że mam w głowie młynek, potem ciągle odbijało mi się wino „Bangkok”, a na koniec zostałem przechwycony przez „Grubą Bertę”, czyli koleżankę z kasy. Beata, bo tak miała na imię, to mała bardzo grubśna sztynka o wyłupiastych oczkach i dużych cycach. Przylgnęła do mnie mocno, łapiąc mój tyłek w dłonie, ocierała się o mój tors ogromnym biustem w rytmie muzyki. Jej dłonie wędrowały z mojej dupy na plecy i z powrotem. Czułem się uwięziony w jej mackach, było gorąco więc jej spocone ciało parowało mieszanką zapachów, które nie były przyjemne. Tanie perfumy o ostrej kwiatowej woni mieszały się z odorem spoconego cielska. W głowie szumiał mi *******, a w nozdrza uderzał ten koktajl smrodu. Czułem, że wino „Bangkok” ma zamiar wydostać się z moich wnętrzności.
– Beata, przepraszam, ja muszę do kibla. Opiłem się wina i jest mi niedobrze – wykrzyczałem jej do ucha, wyrywając się z okowów jej rąk. – Bardzo przepraszam – widziałem jej zawiedzioną minę. Odwróciłem się na pięcie i chwiejnym krokiem przebijając się przez ciżbę tańczących, dotarłem do wyjścia. „Oż, kurwa, żeby zdążyć do kibla” myślałem gorączkowo, biegnąc korytarzem, a potem po schodach. Zaciskając siłą woli przełyk, dopadłem do drzwi kabiny i praktycznie w locie rzuciłem pierwszą salwę pawia, celując w muszlę klozetową. „Jaka ulga” przeleciało mi przez głowę. Potem wyrzuciłem z siebie jeszcze dwa potężne strumienie cholernego wińczaka, wymiesznego z kotletami ciotki. Kilka krótkich zrywów i podrygów żołądka, szczególnie bolesnych, ponieważ nic już z siebie nie mogłem wyrzucić, przywracało mi świadomość. Tylko z ust wydobywała się długa nitka gorzkiej śliny. Otarłem ją skrawkiem papieru toaletowego i chwiejnym krokiem podszedłem do umywalki. Najpierw płukałem zimną wodą jamę ustną i gardło, by pozbyć się niesmaku, potem obmyłem twarz i wróciłem do kabiny. Usiadłem na desce klozetowej, głowę oparłem o boczną ściankę. Świat wirował w mojej głowie, czułem się fatalnie i wspomnienie zapachu Berty oraz jej łap wędrujących po moim ciele, przyprawiał mnie o dreszcze. Przymknąłem oczy i gdzieś musiałem odpłynąć.
Ocknąłem się, słysząc jak ktoś w kabinie obok oddawał mocz. Nie miałem ochoty opuszczać swojej kryjówki. Byłem potwornie zmęczony, dobiegały mnie przytłumione odgłosy andrzejkowej zabawy. Planowałem wyjście. Nie miałem ochoty nikogo widzieć, a szczególnie Beaty i dziewczyn. Problemem było to, że byłem jeszcze pijany, a było stosunkowo wcześnie więc pewno musiałbym rozmawiać z wujostwem. Na spacer było za zimno i nie miałem siły. Postanowiłem, że posiedzę tu sobie jeszcze z godzinkę, myśląc o przyjemniejszych rzeczach niż taniec z „Grubą Bertą”, czy picie taniego wina.
Kiedy oczy mi się same zamknęły, a głowa opierała się o boczną ścianę kabiny, z drzemki wybudził mnie hałas, otwierających się drzwi do kibla i głosy chłopaków.
– No, ale, kurwa, to głupia cipa – powiedział ktoś.
– A ty, kurwa, co myślałeś? Że ona kapsko ci wystawi, bo z nią zatańczyłeś? – dodał ktoś inny.
– Pierdolicie Hipolicie, trzeba było nawijać, słodkie słówka, że od miesiąca tylko o niej myślisz, a nie po dziesięciu minutach, gdy nawet jej jeszcze nie przelizałeś, proponować ustawkę na schodach przy strychu. Jebnięty jesteś i tyle w temacie – ten głos znałem, to był Andrzej.
– No, ale, kurwa, wszyscy wiedzą, że to kurwa i daje na lewo i prawo każdemu – odezwał się pierwszy głos.
– Kurwa, ja idę szczać, a wy już polewajcie, bo mnie dziś moja wkurwiła, wydymała mnie i nie przyszła. Kurwa, księżniczka! Ona przecież do zawodówki na imprezę nie przyjdzie! Jebać ją! – to był głos mojej fascynacji seksualnej. Po chwili wszedł do kabiny obok i słyszałem jak z jego kutasa leje się mocny strumień moczu. Szkoda, że ściany między kabinami są murowane i nie ma w nich żadnej dziurki, by można było go podejrzeć. Chwilę to trwało, nim skończył. Słyszałem jak odrywa kawałek papieru toaletowego, pewnie do wysuszenia główki kutaska i dźwięk zamykanego zamka błyskawicznego. Potem już tylko szum spłukiwanej wody i trzaśnięcie drzwiami kabiny.
– O ja pierdolę, Marek coś ty za gorzałę kupił? – usłyszałem głos Andrzeja.
– No jaką, jaką? Ruską. Dobrą, bo tanią. I mamy literka w cenie połówki – odpowiedział Marek, którego kojarzyłem jako wysokiego blondyna z nieciekawą cerą.
– Co się cykasz Andrzejku? Jest butelka, jest impreza i starczyło na dużą butlę Fanty – odezwał się trzeci głos rechocząc.
– Kurwa, panowie, ale my się tym usmarujemy równo i do obucha – przesadnie oburzał się Andrzej.
– A wy panowie teraz możecie mistrza Ireczka wycałować po dupie – dodał ten trzeci. – Czary mary i mamy szklankę.
– O ja pierdolę, jaki zaradny, ale po dupie całuj się sam, jak potrafisz – recholał blondyn. – Może ty jak pies i jaja sobie liżesz.
– Marek zaraz ci przypierdolę, w ten rozhahany ryj! Nie jestem człowiekiem gumą, sam pewnie sobie kutasa usteczkami obciągasz. Polewaj, bo się ściemnia.
– Kurwa, Marek nie po pół szklany, bo kora tu zdusimy.
– Oj, panienki, walimy nasze kawalerskie – wyraźnie podniecony tokował Marek „Polejwóda”.
– Co to za gorzała?
– „Kremlowska”, czy jakoś tak.
- Ja pierdolę, to „karbidówka” żebyśmy nie poślepli.
Siedziałem w kabinie z ciężką głową, świat ciągle mi wirował, tak samo jak ściskał się mój żołądek. Było mi niedobrze. Opierałem głowę o zimne kafelki ściany kabiny. „Kurwa” – myślałem – „ile tu oni będą siedzieli?”. Ta muzyka dochodząca z dołu, ich gadanina, głupie dowcipy, dym papierosowy, to wszystko szumiało mi w głowie. Wszystko, co ze mną się działo w tej chwili, było odrealnione. Miałem wrażenie, że siedzę gdzieś oddzielony od rzeczywistości, kształty przed moimi oczyma zmieniały właściwe proporcje, to wydłużały się, to kurczyły, falując. Dobiegające z zewnątrz słowa pohukiwały echem w mojej głowie, a słowa zatracały swój sens, odbijając się bólem pod czaszką. Czasami otwierały się drzwi do toalety: ktoś wchodził do sąsiedniej kabiny, oddawał to do czego zmuszała go matka natura i wychodził. Ktoś łapał się na „dziobka” u biesiadujących na pa****cie, a ja trwałem w pozycji siedzącej. Moje ciało straciło witalność, najchętniej bym się tu położył, spał ale resztki świadomości mówiły mi, że muszę wrócić na Południe do ciotki. Czas sobie mijał w swoim rytmie, a ja powoli odzyskiwałem świadomość. Kabina nie była już taka klaustrofobiczna. Ściany przestały falować, a z rozmów toczących się przy pa****cie docierał do mnie ich sens, choć ich słowa zaczynały pływać, a czasem potykać się, słychać było już wpływ *******u.
– A znacie to, przychodzi facet do lekarza i mówi: Panie doktorze mam problem, ciągle sobie przydeptuję chuja obcasem. Jest tak długi, że przez nogawkę ciągle mi wypada.
– No, nie pierdol, hahahahah też takiego chcę!
– Pewnie Ireczku, bo ty masz karzełka nie kutasa! – Irka trzeciego biesiadnika, nie potrafiłem skojarzyć z twarzą.
– Kurwa, wara od mojego fiuta, nie widziałeś go więc nie pierdol!
– Kurwa bo kawału nie skończę, przestańcie! I doktor facetowi kazał go okazać, faktycznie był bardzo długi i miał podrapany łeb. Doktor mówi do pacjenta: możemy Panu go skrócić. Facet mówi: dobra ale to niegroźna operacja, co? Doktor odpowiada że tak. Po tygodniu gościu ***********y leży na sali, gotowy do operacji, a doktor ma wątpliwości: o ile go uciąć? Więc pyta pielęgniarki: jak pani sądzi o ile mu tego penisa skrócić? Pielęgniarka zaś odpowiada: ja to bym mu nogi wydłużyła.
– Hahahahaha nie pierdol, nogi wydłużyła!
– Znam lepszy – poznałem głos Andrzeja. – Przychodzi facet do lekarza i mówi: panie doktorze, mam fiuta jak niemowlę. Lekarz patrzy i mówi: nie wierzę, niech pan pokarze. Facet zdejmuje spodnie i rzeczywiście: pięćdziesiąt sześć centymetrów i trzy i pół kilo.
– Kurwa, kurwa, kurwa hahahahaha dobre, no ja pierdole, trzy i pół kilograma hahahaha!
– Hahahaha, ja też chcę mieć takiego fiuta hahahaha!
– Ja z innej beki – poznałem głos Irka. – Ksiądz odwiedza w Londynie swojego byłego wikarego na misji. Anglia to nie Polska, i nie ma na plebanii takich wypasionych wygód jak w kraju. I wikary mówi do księdza: – Panie proboszczu, noclegi w hotelu zamówiłem. To taki skromny hotel typu „bed and breakfast”. On znajduje się dwie przecznice stąd, trzeci budynek po lewej. Teraz mam mszę, czy ksiądz sobie poradzi? Proboszcz poszedł, ale wszedł przecznicę dalej niż powinien. Wchodzi do hotelu, a na recepcji pytają: – Jaką serwować obsługę? Męską czy damską? Oj, Boże – odpowiada proboszcz – oczywiście, że męską! Recepcjonista się odwraca i krzyczy – John myj dupę, ksiądz-pedał przyjechał!
– Hahahahahahahah dobre, myj dupę hahahaha, pedał hahahaha – to był głos Andrzeja.
– Znam lepszy – odezwał się Marek – Na moście stoi samobójca. Już ma skakać, a czuje dłoń na ramieniu, okazuje się że za nim stoi Święty Mikołaj. I Mikołaj mówi: – Chłopcze, co ty chcesz zrobić? Życie jest piękne. Chłopak odpowiada: – Gówno prawda, życie jest do chuja niepodobne. Straciłem robotę, nie mam gdzie mieszkać, a dziś rzuciła mnie dziewczyna! Mikołaj zaś mówi – Odmienię dzisiejszej nocy twój los, ale musisz stąd zejść do mnie i przestać myśleć o samobójstwie. No i Mikołaj z gostkiem tak gadali, aż chłopak się z nim zgodził, wypłakał się w rękaw. Święty w pewnym momencie mówi chłopakowi: – By odmienić twój los, jest jeden warunek, musisz mi zrobić laskę z połykiem. Chłopak znowu gramoli się na barierkę i mówi, że nie jest pedałem i w ogóle. Ale Mikołaj go znowu przekonał i powiedział: – Przecież nikt się nie dowie, a ja jestem Święty Mikołaj i to nie grzech, a wola świętego i próba wiary. Chłopak się zgodził i pod mostem obrabia pałę Mikołajowi. Ten głaszcze go głowie, spuszcza mu się do ryja i mówi do chłopaka: – Taki duży i wierzy ciągle w Świętego Mikołaja.
– Hahahahaha, ja pierdolę, hahaha, ja tam nie wierzę w Świętego Mikołaja – słyszałem Andrzeja.
– Hahaha, ja następnym razem powiem jakieś cipce, że jestem Mikołajem i jeżeli chce doznać cudu, to niech się bawi moim pastorałem hahahaha – darł się Irek.
– No dobra panowie, to kończymy, zostało po „dzubasie” i spierdalamy stąd, trzeba wypierdalać do domu i tak dziś nie zakutasimy, a mnie gorzała zaczyna rozpierdalać – konkludował Marek.
– Dobra polewaj i spadamy.
– Za pastorał Świętego Mikołaja, bach! Ogon w piach!
Tak przy pa****cie kończyła się impreza, ja zaś zbierałem myśli i siły. Musiałem przecież dotrzeć do domu ciotki i wyjść niepostrzeżenie. Ale jak to zrobić? W myślach kołatało się to pytanie, przecież wciąż byłem pijany. No i ta ***** na Południe. – Kurwa, jestem jednak cienką cipą – myślałem, te laski wypiły tyle samo, a po nich spłynęło. A ja? Cacy ujebany, ledwo siedzę.
Chłopaki się zbierali, coś tam rozkminiali o lasencjach, samochodach. Z odrętwienia wyrwał mnie głos Andrzeja.
– Dobra, to ja jeszcze honorowo oddam mocz, do poniedziałku, siemka.
– Tylko tu nie zaśnij, my za dziesięć minut mamy czerwoniak, „dozobo” w poniedziałek.
– To bierzcie ze sobą ten pusty butel, by afery jakieś nie było – dodał Andrzej.
Jakieś odgłosy szurania, gadania, pożegnania, urywki rozmowy, otwieranie zamykanie drzwi, głośniejsza muzyka, a teraz znowu bębnienie sekcji perkusyjnej, ciężkie westchnienie i kroki. Znowu otwierają się drzwi ale do mojej kabiny i widzę w ręku grubego, długiego, białego kutasa wystającego z rozporka i ogłupiałą twarz Andrzeja.
– Kurwa, sorry – powiedziały przerażone usta i ogłupiała twarz Andrzeja, z tym fiutem na wierzchu, tak szybko zniknął z mojej kabiny jak się w niej pojawił – Kurwa, zamyka się drzwi do kabiny, gostku – krzyknął zza ściany.
– Kurwa, przepraszam – wyrzuciłem z siebie i kumulując wszystkie siły w mięśniach, wytoczyłem się z kabiny. Nie przewidziałem jednak tego, że zarzuci mnie w połowie ****i na zakręcie i że Andrzej też nie zamknął drzwi do swojego przedziału. Efektownie wpadłem na jego plecy, a on mało nie uderzył głową w ścianę za kibelkiem. Jakimś cudem powstrzymał nadany jego ciału impet wolną ręką, bo w d**giej trzymał swoje berło, z którego toczył się mocz. Odruchowo odepchnął mnie tyłkiem, a ja znowu straciłem równowagę. Siła odrzutu była tak znaczna, że wypadłem z kabiny i uderzyłem plecami o ścianę toalety, osuwając się w dół na podłogę.
– No ja pierdolę, kurwa, co za pojeb, zabiję cię gostek, kurwa, zalałem sobie spodnie – dobiegały do mnie słowa wściekłego chłopaka – Jak, kurwa, jesteś najebany to siedź na dupie! Pierdolona, pijana, męska menda – ciągnął dalej, ja odzyskiwałem ostrość wzroku i widziałem skuloną do przodu sylwetkę i ostry strumień moczu między nogami.
– Przepraszam, ale mnie zarzuciło na zakręcie i sam mówiłeś, że drzwi trzeba zamykać – bełkotałem coś na swoje usprawiedliwienie. On lał, ja patrzyłem. Skończył, widać było jak potrząsa fujarą, urwał kawałek papieru toaletowego i wycierał nim główkę, potem chował w majtki i spodnie swoje narzędzie, w końcu się odwrócił. Patrzyłem na to z pozycji podłogi, znowu nie miałem siły by się ruszyć. Widziałem w jego twarzy wściekłość, podszedł do mnie powoli i wycedził.
– Pojebańcu, co ty odpierdalasz? Mam cię zajebać, byś jutro nie poznał swojej facjaty w lustrze? – schwycił mnie za koszulę i podniósł do góry, przyciskając łokciem do ściany. Patrzył na mnie z góry tymi pięknymi oczyma, choć widziałem w nich złość. Ja zaś zamiast się skulić i przygotować na jakiś cios, przewróciłem oczyma i zacząłem się śmiać jak głupi – Kurwa, mendolazo zaraz ci jebnę w czoło!
– Pijany jestem, przepraszam, nie chciałem, ale to śmieszne było, no wiesz twój kutas przed moim nosem, a potem ja na twoich plecach – i znowu rechotałem. On starał się być groźny, mocniej przyciskał mnie do ściany ale teraz już całym ciałem, zbliżył swoją twarz do mojej tak, że czułem jego *******owy oddech. Mnie zaś było bardzo przyjemnie i nie odczuwałem żadnego strachu.
– Kurwa, zryty skurwysyn, to w ogóle nie było śmieszne, kurwa – jego parcie na mnie ustąpiło, odsunął się na pół kroku i patrzył na mnie z jakąś litością i zaciekawieniem – Gdzieś ty się tak usmarował?
– Gdzie na twarzy? Możliwe, bo rzygałem – odpowiedziałem rezolutnie.
– O ja pierdole, jaki przygłup, pytam się gdzie i z kim się tak napierdoliłeś ?
– Z dziewczynami w parku, winem marki Bangkok, a potem Gruba Berta wyrwała mnie do tańca i strasznie się pociła i śmierdziała. Ona mnie macała, wyrwałem się tu i rzuciłem pawia. Zasnąłem, potem wy przyszliście i tak jakoś zleciało – wyrzucałem z siebie bezwładnie słowa, a na jego twarzy pojawiał się uśmiech – dalej, wiesz, twój kutas, no i ciągle mnie jeszcze zarzuca.
– Kurwa, słaby zawodnik z ciebie, choć na pa****t, otworzę okno, to trochę wytrzeźwiejesz, musisz jakoś normalnie wyjść ze szkoły, by przypału nie było – to po powiedziawszy mocno schwycił mnie za ramie i poprowadził do okna, otworzył je, a chłodne powietrze uderzyło w moje ciało.
Siedzieliśmy na pa****cie. Ja trząsłem się z zimna, on patrzył na podłogę. Nie odzywał się. Wydawało mi się, że teraz on zaczyna odpływać, że wypity przez niego ******* zaczyna swoje magiczne działanie. W pewnym momencie sięgnął do kieszeni swojej kraciastej koszuli i wyciągnął paczkę czerwonych Marlboro. Jednego papierosa wsadził sobie w usta i go przypalił. Zaciągnął się dymem, spojrzał na mnie i zapytał – Chcesz zapalić? – skinąłem głową na potwierdzenie, on wyciągnął tlącego się papierosa z ust i mi go podał, sam odpalił kolejną fajkę dla siebie. W mojej głowie ciągle pojawiał się ten długi, biały kutas, trzymany w ręku, a ja zdecydowanie w ustach wolałbym trzymać tego właśnie fiuta, nie papierosa. W końcu przerwałem to milczenie między nami, taka okazja może się już nie powtórzyć pomyślałem.
– To mówisz, że twoja dziewczyna ci nie daje? – zapytałem z głupa frant.
– Ja nic nie mówię, co ty pierdolisz?
– Sam tak mówiłeś kolesiom, słyszałem. Ona chyba nie wie co traci, bo ja dziś te twoje cudeńko widziałem. Takim fiutem to każdemu zaimponujesz.
– Coś ty się tak do tego chuja przyssał? Ona ma zasady. I nie podsłuchuje się cudzych rozmów prywatnych. Przyjdzie czas, to będziemy ze sobą sypiać.
– Nie przyssałem się ale …. hum, no wiesz on wiszący wyglądał jak moje trzy – przecież nie mogłem mu powiedzieć, że chętnie bym się przyssał.
Kończyliśmy palić papierosy, ktoś znowu wszedł do kibla, niski grubasek z jego klasy szybko pobiegł do kabiny. Po kilku minutach wyszedł, spojrzał na nas i zapytał.
– A ty co? Teraz z dzieciakami pijesz?
– Nie, ale mu matkuje, bo się najebał. Rzygał tu i orła wywinął – odparł Andrzej.
– No to matkuj, ja lecę bo wyrwałem laseczkę. Pani nie powinna długo czekać na swojego rycerza – otworzył drzwi i wyszedł.
– Ciekaw jestem czy to nie Gruba Berta, bo by pasowali do siebie. Takie dwa grube kaszaloty – już to mówiąc żałowałem tej uwagi.
– A ty co? Kurwa, Leonardo DiCaprio jesteś? – powiedział i wyciągnął znowu fajki – Za dziesięć minut zrobimy test, czy nadajesz się do wyjścia ze szkoły.
– Jak ona ci nie daje, to jak sobie z tym radzisz? Jedziesz na ręcznym, czy masz jakąś lalunie na boku? Ja tam się przyznaję do tego, że mój kutas ma styczność tylko z moimi dłońmi, zresztą szybko się spuszczam – nie wiem czemu mu to powiedziałem.
On patrzył na mnie z niedowierzaniem i palił papierosa.
– No, to co masz kogoś na boku - zapytałem.
– Gostek, ja ciebie nie znam i na chuj ci ta wiedza?
– No, bo o czym tu gadać, najlepiej o seksie, zresztą pół wieczoru o tym gadaliście – ciągnąłem temat, by wprowadzić w życie szatański plan.– Tak w ogóle to mam pewien pomysł, jak tu siedzimy i trzeźwiejemy – uśmiechnąłem się, nabrałem powietrza w płuca i wyrzuciłem z siebie – Obiecaj, że mi nie przypierdolisz, jak coś powiem, proszę obiecaj.
– Co ty, kurwa, knuesz? – połykał litery i mówił. Właściwie to bełkotał i kiwał się siedząc na pa****cie, czyli wódka go rozbierała, a ja wiedziałem, że mogę to wykorzystać, by mu złożyć niemoralną propozycję. – Dobra, móf, bo chuj, no nie bdę cię bił, bo chuj ale mnie fazuje, kurrwa.
– No wiesz jak zobaczyłem tego twojego kutasa, to tak pomyślałem, że no ... bym ci zrobił loda – on przestał się gibać, zapadła cisza, a ja dalej brnąłem ze swoim kretyńskim wywodem, czułem jak mi serce wali, a na policzki występują rumieńce. – No wiesz, w życiu warto jest wszystkiego spróbować i …
Nagle wprawił swoje ciało w ruch. Chyba chciał mi walnąć na odlew albo mnie złapać. Jego nogi odmówiły mu posłuszeństwa, ja zaś zeskoczyłem z pa****tu obserwując jak Andrzej wywija orła i teraz podnosi się z podłogi do klęczek. W pierwszym odruchu skoczyłem do niego, by mu pomóc się podnieść, on jednak złapał mnie za głowę i ściągnął do siebie. Stykaliśmy się czołami, klęcząc na posadzce spleceni jego żelaznym uściskiem. On ciężko dyszał i zdzielił mnie z główki w skroń. Było to bolesne.
– Ałć, miałeś mnie nie bić – próbowałem się bronić. – Choć wstaniemy z podłogi – uścisk się poluźnił i wzajemnie się wspierając wstaliśmy. Andrzej odsunął się i stał, lekko się kiwając, patrząc na mnie spod byka.
– Kufa, ja, no, ty pedzio jesteś, czy jak – bełkotał podniesionym głosem. – Chuj, ja nawet nie wiem jak ty masz na imię, kurfa zobku, co ty odpierdalasz, co?
– Albin mam na imię. A pedałem nie jestem, ja tylko chciałem tak spróbować z ciekawości, jak to jest – coś bredziłem, by wywinąć się z nieprzyjemnej sytuacji. – Wiesz ja … – tu spuściłem głowę grając niewiniątko. – ...jakoś nie widzę, żebym miał szanse na seks chyba, że z Grubą Bertą, to już wolę...No, wiesz co...
Jego oczy mimo, że rozwodnione *******em wysyłały sygnał, że zbiera się w nich złość. – Gościu, Albin, czy chuj, co ty pierdolisz. I co, mego kutasa byś obrabiał?
– No, to tak yyyyyy, to by była próba, … no ja, tego nie robiłem z nikim. Jakby się tobie, albo mnie, nie podobało, to byśmy skończyli – łgałem w żywe oczy. Wiedziałem, że gdyby on pozwolił mi possać, to bym jego kutasa z ust nie wypuścił. – Przepraszam, zapomnij o tym, no tak mi się powiedziało, no widzę, że to głupi pomysł – grałem skruszonego, a nawet łezki pojawiły się w moich zakłamanych oczkach.
– Kufa, chua do papy ebany chce – siedział, rozkołysany ponownie na pa****cie, a ja stałem jak zawstydzona dziewica z boku, udając łkanie – Kufa, masz fart, że to ja. Kto iny, by ci wjebal. Kufa, teraz ja jestem najebany, kufa.
– To mam spierdalać, czy siedzieć tu z tobą? Wiesz, teraz ty musisz posiedzieć, bo wyjebiesz się na schodach. No, jeszcze z godzinę będą grali na dole – pokiwał głową i siedział. – Posiedzieć, czy iść?
– A w chuj siedź, kufa. Już mi jeden chuj. I gdzie to chciales mie obciągać? Kufa – chyba był coraz mniej kontaktujący.
– No tu w kabinie – i znowu słodka minka. – Tak po cichutku, wiesz drzwi skrzypią jak ktoś wchodzi do kibla, to wiesz można wtedy, no wiesz... . No, sorry jeszcze raz, bo ty, ... no tego, że dziewczyna ci nie pozwala na, … no wiesz i tak pomyślałem jak twego, no wiesz widziałem, że bym, no tego pomógł. Słyszałem, że czasem chłopaki w woju tak robią – wywody godne adwokackiej gadki. Niestety, młody pedał na prowincji, któremu testosteron upłynnia mózg, musi umieć łgać jak z nut i przy tym jeszcze grać.
– Ta, a w pierrlu to nawetw upe jeba. Kufa, ale jetem naebany. Kufa, a chuj. No, kufa uszaj dupe.
– Co mam sobie iść?
– Nieee , kufa do kabiny, obaczymy. Chuj, no bo mi się odechce – trafiłem w totka, hahaha !!! I taki niby spłoszony szedłem to ostatniej kabiny, on zataczając się szedł za mną. Weszliśmy, zablokował drzwi zasuwką. Na zbiorniku spłuczki leżała jakaś gazeta. On oparł się o drzwi i ciężko oddychał, a ja już czułem, że mój mały stoi i leje soki. Położyłem gazetę na podłogę, a na nią swój sweter. Runąłem na kolana. Moja twarz była na wysokości jego bioder. W głowie miałem setkę myśli – Co zrobić, by grać dziewicę i go nie spłoszyć? Sam bym mu go wyciągnął, ale udawałem nieśmiałego i zawstydzonego. A mój język chciał się wyrwać i oblizać lubieżnie wargi. On patrzył na mnie z góry i się odezwał.
– Chuj, to sekret, co? Kufa, co ja obię, krfa, kurfa – i rozpinał rozporek, opuścił spodnie do kolan, uniósł koszulę i zobaczyłem zielone bokserki, z mocno wypchanym kroczem. – Kufa, to poebane, chuj, no a pierdole. Ty jak chujowo, to ci mówię i chuj .. stop – skinąłem głową skromnie, nie mogąc się doczekać na rozwój wydarzeń. W środku mnie ściskało z podniecenia, jajka bolały jakbym sobie kręcił wora. – Kurde, zdejmuj te gacie szybciuchno, bo te jaja zniosę – tylko o tym myślałem. On chwiejąc się lekko oparty o drzwi, wypiął biodra i ściągnął bieliznę. Ten szybki ruch pozbawiony wstydu, objawił mi to na co czekałem od poprzednich wakacji. Lekko oliwkowa skóra nóg i brzucha, a między nimi mleczny pas skóry. Lekki zarost nóg przechodzący przez pachwiny na jajka, by mocniej zarysować się na podbrzuszu i ścieżka miłości prowadząca do pępka wyznaczona delikatnym owłosieniem. A w tym wszystkim zatopiony majestatyczny kutas. Biały, długi wał na kilkanaście centymetrów, swobodnie zwisający. Jego odznaczająca się żołądź, skrywana długim napletkiem. No i jaja duże, kształtne, w długim worku moszny. Chciałem zawyć z zachwytu, całować i pieścić, wąchać ale to by odkryło przed nim moją prawdziwą naturę. Więc jak skromna pensjonarka z wypiekami na twarzy patrzyłem na to cudeńko i czekałem na jego gest w bezruchu – No, kufa odechciało się, co?
– Nie, OK, tylko taki duży. No, nie myślałem, że aż taki – rozpływałem się udawanej nieśmiałości. Jak to się mówi? „Ą i ę, bułkę przez bibułkę, a kutasa najchętniej całą garścią”? I tak też zrobiłem. Powoli drżącą ręką go chwyciłem, był ciepły i wiotki. Udając prawiczka, i walcząc ze swoją żądzą, pochyliłem się nieśmiało do jego czubeczka językiem. On głęboko westchnął. Tak, czułem ten samczy zapach i resztek dezodorantu. Pierwszy smak to ostro-słony, mimo suszenia przez niego główki kutasa papierem toaletowym. Zawsze, nawet jak się suszy, to pozostaje gdzieś kropla moczu. Nie przeszkadzało mi. Pamiętałem smak brudnego kutasa Gawrońskiego, więc akurat ten smak był niczym w porównaniu z tamtym. Trzymałem tego chuja w ręce. Powoli moja dłoń zaczęła się poruszać pociągłymi ruchami. Kutas nabrzmiewał, rozciągał się wszerz i wzdłuż. Tężał w palcach. On oddychał głośniej, a ja widziałem duży, czerwony łeb fiuta, który otwierał swoją dziurkę, jakby w uśmiechu i chciał powiedzieć: – No, już dawaj swe usteczka. Obejmij mnie nimi, bo chcę się zanurzyć w twoim gardle. No, chodź słodziaku – otworzyłem usta, wysunąłem język i zacząłem go obijać wielkim czubem. Spojrzałem w górę. Andrzej miał zamknięte oczy, a ja w końcu zamknąłem w swoich ustach ten wielką głowę siura. Językiem osaczałem go z każdej strony, wywijając esy floresy.
– Kurwa, o ty, ahhh – usłyszałem z góry. Głębokie westchnięcia, czyli jak na razie jest dobrze. Chyba mu się podoba. Teraz delikatnie zacząłem poruszać głową w tył i w przód, a wielki grzyb penetrował moją jamę ustną docierając co chwila do granicy gardła. Teraz czułem jaki jest twardy. Nie mogłem szerzej otworzyć ust. Ten wielki mega-kutas mieścił się tylko trochę w ustach. Nadziewałem się na niego z uporem maniaka, zasysałem się na nim, po policzkach zaczęły spływać łzy, a po brodzie spływała moja ślina. Chuj zabierał mi co chwila oddech. Chciałem go więcej w sobie, chciałem by Andrzej nie stał bezruchu, ale mnie brutalnie pierdolił, by przebił się przez gardło i krtań do przełyku. Ale musiałem udawać, że to mój pierwszy raz, że jestem postrzelonym ale niewinnym chłopczykiem, a nie dziwką, która rozpycha w wannie swoją dupę trzonkiem od młotka. d**gą ręką złapałem jego wielki wór z jajami, macałem, pieściłem bawiłem się nimi – Kurfa, kurfa, ja pierdolę, o tak, dawaj – słyszałem z ust Andrzeja. Czułem, że w gaciach mam galaretę, że z mojej pałki sączą się soki. Puściłem trzon i tylko moja głowa rytmicznie i szybko nabijała się na Andrzejowy wał. Uwolnioną ręką odpinałem swój rozporek, by mój fiut nie brudził mi spodni – Kurwa, co robisz, nie wyjmuj kutasa bo rzygnę i będzie koniec – mówił do mnie.
Oderwałem się od jego gnata, obtarłem rękawem koszuli ślinę i łzy – Andrzej muszę, bo mam galaretę w majtkach. Jak się podniecę, to mi ciągle leci sok, kurwa. Proszę zamknij oczy i na wszelki wypadek patrz w górę, proszę. Chyba na razie jest OK, co?
– Dobra, dawaj mały, kończ to, bo mi jaja rozerwie – moja głowa, znowu nabijała się na część kutacha łzawiąc się i śliniąc. Jedna ręka pieściła jaja, zaś d**ga dodała odwagi jego biodrom. Teraz pomagał mi się wypełniać częścią siebie, poruszał biodrami, czub ostrzej atakował moje gardło. Śliniłem się mocniej, czasem się krztusząc i w końcu jego ręce chwyciły moją głowę. Działały dwie przeciwstawne siły: dłonie które mój rozwarty ryj pchały do przodu i biodra, które mnie ruchały. No w końcu moja dziwkarska natura dostawała, to co lubi, ostre jebanie. Było mi dobrze, lubię być narzędziem w czyichś rękach, dawać przyjemność komuś i samemu ją dostawać. Było mi gorąco. Mój kutas eksplodował niepostrzeżenie sam z siebie. Andrzej tego nie widział, głośno sapał, jęczał i mnie pierdolił, choć jeszcze nie tak ostro, jakbym tego chciał. Moja paszcza wypełniała się mieszaniną śliny i słonawego śluzu. Starałem się to przełykać, lecz część ciągle zalewała moją brodę. Nagle jego dłonie chwyciły mnie mocniej. Czułem pod palcami, że jego jądra wędrują ku górze więc je mocniej ścisnąłem. Jego chuj już drgał i wyrzucał do gardła nasienie, którym zakrztusiłem się. Wycofałem się trochę. d**ga i trzecia salwa zalewała mi twarz – Kurwa, już ja pierdolę uuuuuuuuuu – to był jego głos, spojrzał na mnie i zamarł na chwilę – Kurwa, ogarnij się, o ja pierdolę, spuściłeś się, no kurwa, zaraz się porzygam, kurwa, co ja zrobiłem? – złapał papier toaletowy, którym wycierał jeszcze twardego kutasa, szybko się ubrał. Ja klęczałem zalany jego spermą, otworzył drzwi i wyszedł lekko się zataczając, usłyszałem jeszcze wiązankę, otwieranie i trzaskanie drzwiami toalety. – To się nazywa podziękowanie – pomyślałem i zacząłem palcami zbierać resztki jego nasienia z twarzy, a potem z lubością ją zlizywać. Musiałem trochę posprzątać i się wytrzeć. Było cicho tylko rytmiczne dudnienie muzyki z dołu – Ha, ile tych kurewk szkolnych, by wszystko oddało za zrobienie laski Andrzejowi – myślałem, wyszedłem z kabiny. Przemyłem twarz i głowę wodą z kranu, wytarłem się swetrem i wyszedłem. Po godzinie byłem u ciotki. Gdy przyszedłem oni już spali, ja zaś nie mogłem spać i rozpamiętując, to co dziś się wydarzyło, znowu się zlewałem.
[b ]KONIEC CZ.1 ROZDZIAŁU III[/b ]
9年前