Tropikalna przygoda cz. 3
Całe opowiadanie jest tylko literacką fikcją i moją fantazją, ale… zastanawiam się, ilu z nas, facetów, nie marzyłaby się taka właśnie przygoda – zatem miłego czytania…
Rozdział IV
Przed chatą wodza czekało na mnie kilku nagich mężczyzn, z których jeden, obwieszony wieloma naszyjnikami wyglądał mi na ich przywódcę. Nie pomyliłem się. Dowiedziałem się, że przyszli zaprosić mnie do swojej wioski, ponieważ dowiedzieli się, iż jest nowy mzimu i chcą go ugościć. Skąd tak szybko dowiedzieli się o tym, pomyślałem, ale przecież Afryka jest najbardziej plotkarskim krajem, a może te bębny wysyłają sygnały tylko dla nich zrozumiałe. Zgodziłem się po uzgodnieniu z Kupindą, że prócz niej będą mi towarzyszyły cztery wioskowe kobiety jako ochrona i obstawa. A kiedy zostawili wodzowi przyniesione prezenty i wymianie żywności między obiema grupami społeczności poszliśmy w kierunku ich wioski. Wczesnym popołudniem dotarliśmy na miejsce. Chociaż o tym wiedziałem i tego się spodziewałem małym zaskoczeniem był dla mnie widok tylko samych mężczyzn i chłopców w różnym wieku, chodzących, siedzących bądź leżących w chatach. A jeszcze większym zaskoczeniem było to, że wcale się nie krępując przybyciem obcej osoby do wioski – uprawiali gejowski seks we wszystkich możliwych konfiguracjach. A to czterech mężczyzn wzajemnie dupczyło się i ssało sobie nawzajem kutasy, a to chłopcy 8- a może 10-letni bawili się swoimi małymi kutaskami obciągając lub ssąc sobie wzajemnie.
Zaproszono mnie do chaty wodza, który siadłszy na swoim krześle zaczął wypytywać mnie o moje podejście do męskiego seksu. Widać otrzymał ode mnie zadowalającą odpowiedź, bo po jego poleceniu do chaty weszło kilkunastu mężczyzn i chłopców, którzy zasiedli wokół wodza i mnie. Moje pilnujące i ochraniające mnie kobiety zagrodziły im ****ę do zbyt bliskiego przebywania przy mnie. Wiedziały, co robią, bo mężczyźni i chłopcy otaczający ich wodza bez żenady zaczęli mu obciągać i ssać kutasa, który powoli twardniał i sztywniał pod wpływem tych zabiegów. Sam w tym czasie bawił się kutaskami chłopców, miętolił ich małe woreczki z jądrami, a jednemu z wyrostków ssał w czasie, kiedy o nic się mnie nie pytał, a tylko słuchał tłumaczenia moich słów przez Kupindę. Pewnie gdyby nie było mojej ochrony ja także stałbym się obiektem tych karesów ze strony wioskowych mężczyzn. Ale ja byłem MZIMU kobiecej wioski, byłem MZIMU dla nich i tylko ich, więc mogłem czuć się bezpiecznie.
Kiedy wodzowi jego męskość stała się odpowiednio twarda, jeden z chłopców, może 14-letni Murzynek o uśmiechniętej i bardzo sympatycznej buzi, wypiął się tyłkiem w jego stronę, a wódz natychmiast przytknął i jednym pchnięciem wsadził mu w czekoladowe oczko swojego kutasa. Przez dłuższą chwilę tak go posuwał, a my, to znaczy ja i otaczające mnie kobiety, musieliśmy słuchać jego stękania i sapania, pojękiwania nastolatka… aż wyciągnął go, przez chwilę potrzepał i trysnął strugą spermy na jego plecy. Wsadził mu jeszcze raz w tyłek, po czym klepnął go w pośladek i tak zakończył się pokaz wodza.
Potem oprowadził mnie po wiosce, pokazał, że wszyscy ze wszystkimi w jego wiosce dupczą się na potęgę: chłopcy z mężczyznami, nastolatkowie z chłopcami lub zaledwie dziećmi, dzieci ze sobą bawiły się swoimi przyrodzeniami – jednym słowem orgia w męskim wydaniu, coś a’la Sparta lub Rzym z Kaligulą w starożytności. Proponował mi skorzystanie z usług malutkiego chłopczyka, ale grzecznie odmówiłem pokazując na towarzyszącą mi obstawę – ja wolałem jednak „wykorzystywanie” mnie choćby przez staruchę Mguwę niż posuwanie dziecka w malutką dupkę. Jednak w miłej atmosferze pożegnaliśmy się i wróciliśmy późno w nocy do wioski kobiet.
W chacie Kupinda zapytała:
– Ja tobie podobać się męska wioska?
– Wiesz, takiej ilości seksu między facetami nigdy nie widziałem, a już z dziećmi to jakoś tak było mi dziwnie…
– Dlaczego? Oni to kochać, oni lubić to robić, oni myśleć to normalne…
– Może dla nich… ja już wolę was i mieć seks z wami… – zawiesiłem głos, a po chwili dodałem – a z tobą szczególnie!
– Już nie jesteś zły, że my porwać ciebie?
– Nie… takie już jesteście i nie ja będę to zmieniał, to jest wasze życie i skoro z tym jest wam dobrze, to co mi do tego.
– Ty być dobry mężczyzna, ty mówić jak dobry wódz, jak dobry mzimu…
***
Mijały kolejne dni i tygodnie bardzo podobne do siebie. Przeciętny dzień mijał mi na dwukrotnym spacerze po wiosce – jeden przed południem, a d**gi po południu, oczywiście zawsze w towarzystwie wodza i Kupindy. Chociaż zaczynałem rozumieć znaczenie poszczególnych słów, to jednak nie potrafiłem na razie dogadać się ze wszystkim, więc Kupinda towarzyszyła mi w tych „obchodach”. Na czym one polegały? Otóż do moich „zadań” należało miedzy innymi pokazywanie wszystkim mieszkańcom, że mój kutas nadal jest sprawny, w ciągłej gotowości, dumnie sterczącym do przodu. Na pozwalaniu oddawania mu należnej mzimu czci i szacunku, czyli pozwalaniu na czołobitności, a raczej czołodotykalności, i umożliwieniu całowania jego „świętego” czubka. A przede wszystkim na tym, że gdy w mijanej chacie w progu klęczała kobieta z wypiętym na zewnątrz tyłkiem, pokazującej w całej krasie swoją dupę i cipkę, musiałem do takiej chaty wejść i porządnie wydupczyć będącą w sprzyjającym okresie do zapłodnienia kobietę. Musiałem to robić na oczach widzów, którzy po skończonym akcie pomrukiwali z zadowolenia i prześcigali się w możliwości dostąpienia „łaski” wylizania mojego oblepionego spermą i śluzem danej kobiety kutasa. Nawet nastoletnie dziewczynki były na to chętne i czasami im pierwszym udawało się dopaść do niego i uprzedzić starsze kobiety w tym zajęciu. Na początku zżymałem się na takie akty czci i szacunku, ale Kupinda wytłumaczyła mi, że to u nich normalne i nie powinienem zabraniać nastolatkom tego, gdyż tym sposobem uczą się do przyszłego bycia matkami, a także wielbienia swojego mzimu.
Wszystkie dziewczęta, które uczestniczyły w swoim pierwszym tańcu mamama, a następnie zostały pozbawione dziewictwa przez drewnianego fallusa i nadziane na mojego kutasa, zaszły w ciążę. Wódz, a i cała wieś była zadowolona z takiego mzimu. Kolejne kobiety, oczekujące w progu swojej chaty z wypiętym tyłkiem i cipką na dupczenie przeze mnie zachodziło w ciążę, co było dobrym prognostykiem na dalszy rozwój wioski i profity, jakie się z tym wiązały. Albowiem wiele kobiet były kupowanych przez mężczyzn z odległych wiosek, a że były płodne i bardzo pracowite nie tylko w polu i obejściu, więc były pożądanym nabytkiem i inwestycją na przyszłość.
Kiedy okazało się, że i Kupinda także była w ciąży wódz wręcz chciał mnie udusić w uścisku ze szczęścia, a jego sterczący kutas o mało co nie przebił mi brzucha, tak się chłopina rozczulił i zapamiętał tym faktem zostania dziadkiem, że nie zważał na to, iż jego sterczący kutas wbija mi się w brzuch.
Te moje codzienne wędrówki-obchody wioski skutkowały tym, że niewiele różniłem się kolorem od pozostałych mieszkańców wioski. Ale nie tylko brązowa skóra była moim nabytkiem – także mój penis, przez całodzienne popijanie owego napoju wydłużył się do chyba 25 centymetrów, także jego obwód wydatnie się powiększył… teraz wyglądał na potężnego męczyciela kobiecych cipek. Brakowało mi zaledwie paru centymetrów do długości penisa starego wodza, ale ja miałem jedną przewagę nad nim – zapładniałem po kolei kolejne kobiety, no i dopiero od paru tygodni popijałem ten napój, podczas gdy on pije go już ładnych kilkanaście lat. Kupinda nie była o nie zazdrosna i często sama mówiła mi, która z kobiet jest w potrzebie lub sprzyjającym zapłodnieniu okresie, a nawet zaprowadzała do jej chaty i z boku obserwowała moją „pracę”. Nauczyłem prawie wszystkie kobiety seksu w pozycji misjonarskiej, a niektóre z nich już teraz, wiedząc że będę przechodził obok ich chaty na obchodzie, nie wystawiały wypiętego tyłka, tylko leżały w progu z szeroko rozłożonymi nogami, co oznaczało dla mnie „obowiązek” wsadzenia im mojego kutasa w cipkę i solidne ruchanie. Gdyby nie ten napój i doskonałe odżywianie marnie bym skończył w krótkim czasie – zaruchałbym się na śmierć w tej wiosce. Ale tak się nie działo – korzystałem, a właściwie MUSIAŁEM to robić, bo to było „przeznaczenie” i także mój „uświęcony wioskowy obowiązek”. Nawet podczas przechadzki z wodzem na pola nie odmawiałem sobie przyjemności zanurzenia mojego kutasa w którąś z wypiętych, jak zawsze ociekających śluzem czekoladowych cipek… i było mi obojętne, czy to szparka 20-latki, czy cipa 60-latki – wszystkie były mokre, gorące i chętne na zagoszczenie go w swoim wnętrzu.
Kiedy więcej niż połowa zdolnych do bycia matką kobiet w wiosce była w ciąży zauważyłem, że Kupinda z dnia na dzień stawała się coraz bardziej smutna, jakaś taka wyciszona. Na początku składałem to na karb jej ciąży, ale w końcu nie wytrzymałem i spytałem wprost, dlaczego się smuci.
– Ja wiem, ty zrobić swoje, wiele kobiet zostać mama od ciebie, ja też zostać mama od ciebie, a ty pewien dzień odejść od nas i wraca do siebie, do swoja wioska…
– Głuptasie, jak możesz tak myśleć – odparłem. – Jesteś ze mną w ciąży i będziesz mamą mojego dziecka…
– Wiele kobiet być przez ciebie mama.
– Ale to ciebie darzę uczuciem i tylko z tobą śpię i jestem przez cały dzień.
– Ale ty iść niedługo do swoja wioska… a ja zostać tutaj…
– Co ci też przyszło do głowy – zabiorę cię ze sobą… jeśli w ogóle zechcę wracać do siebie, do swojego kraju i swojego miasta.
– Ty to zrobić? – spytała i spojrzała na mnie oczami pełnymi łez.
– Oczywiście Kupindo!
Objąłem ją ramieniem i przytuliłem do siebie. Nasze usta spotkały się. Czułem słony smak jej łez na policzkach i wargach. Całowaliśmy się długo i namiętnie. Delikatnie dotykałem jej nabrzmiałych w wyniku ciąży piersi, głaskałem po leciutko zaokrąglonym brzuchu, w głębi którego rozwijał się mój potomek. To, że i wiele innych kobiet nosiło w brzuchu moje rozwijające się nasienie nie miało tak wielkiego znaczenia – do Kupindy przywiązałem się, stała mi się bliską osobą, można by powiedzieć, że ją pokochałem. Była ideałem kobiety: nie była zazdrosna o inne, spełniała wszelakie moje zachcianki, traktowała mnie jak bożyszcze… cóż więcej facet może chcieć od kobiety. Odsuwałem od siebie myśl o powrocie do cywilizacji, do zawiści, do bycia człowiekowi wilkiem. Tu wszystko było proste i jasne. Jeśli jesteś w porządku wobec innych, oni szanują cię, wręcz kochają, a jak się jest na piedestale mzimu, to dla mnie był raj. W ogóle nie czułem potrzeby wracania do hotelu, ubierania się… jedynie marzyłem o maszynce do golenia, bo przez ten czas zarosłem jak zwierzak.
Tak mijał mi czas na nicnierobieniu, na dupczeniu i zapładnianiu kolejnych kobiet, na cowieczornym wspólnym siedzeniu z wodzem i Kupindą przed chatą, na popijaniu owego napoju i gadaniu o niczym lub po prostu na milczeniu i wsłuchiwaniu się w gwar wioski, świergot ptaków i szum okolicznych drzew i krzewów, pośród których odzywały się porykiwania, pojękiwania, chrząkania i tym podobne głosy zwierząt podchodzących w pobliże wioski. Takie przesiadywanie miało też inne walory. Wodzowi zawsze towarzyszyły kobiety, które teraz nie tylko jemu ssały i masowały kutasa, ale także i ja dostępowałem tego zaszczytu. Kupinda wtedy często pokazywała mi którąś z nich i prosiła, żebym zanurzył swojego kutasa w jej cipce. Wzbraniałem się robić to przy niej, ale wtedy mówiła:
– Jesteś mzimu i ty możesz robić to z każda kobieta, ty nie możesz nie robić to, one być dumna kiedy ty wsadzać im swojego puli-puli… patrz na wódz i ty robi tak samo…
Więc wsadzałem którejś z nich, bo to ssanie i masowanie doprowadzało mnie na granice orgazmu i organizm domagał się wręcz upustu nagromadzonego nasienia. Kupinda czasami pomagała mi, nakierowując mojego penisa w którąś z wystawionych na rżnięcie cipek. A kiedy zalewałem ją porcją spermy, owa kobieta w czcią całowała go, przykładała do czoła, a później wysysała i wylizywała z niego resztki spermy i swojego śluzu. Dochodziło czasami nawet do tego, że wódz zamiast dojrzałych kobiet przychodził otoczony wianuszkiem podrastających dziewczynek, które jakby wdrażały się w swoje późniejsze obowiązki towarzyszenia wodzowi, zajmowania się jego wielkim kutasem, umilając mu czas zabawą nim i pieszczeniem go. One miały jeszcze czas, jeszcze nie odbyły tańca mama-mama i dopiero przed nimi defloracja na drewnianym fallusie. Ale tym sposobem nabierały obycia i pozbywały się strachu przed męskim narządem. Pozwalał niektórym z nich, a bywało, że wręcz nakazywał, żeby zajmowały się także i moim kutasem, co nie powiem było bardzo podniecające, kiedy ich rączki z nabożną czcią głaskały go, obejmowały i bawiły się nim.
Nawet przywykłem do częstych odwiedzin staruchy Mguwy, która chociaż stara to jednak nieustannie miała ochotę na seks, a który odbywał się w jej tradycyjny sposób – znaczy się ja leżałem, a ona nadziewała się na mojego wysmarowanego ich mazidłem kutasa, podtrzymywana przez dwie kobiety do czasu, kiedy jej cipa całkowicie nie objęła mojego penisa swoimi obwisłymi wargami, a jej łechtaczka nie powiększyła się na tyle, żeby zacząć bezwstydnie, aczkolwiek ciekawie, wyłaniać się spośród ich fałdów. I zawsze było dla mnie zastanawiające, jak to możliwe, żeby taka stara kobieta wydzielała ze swojej cipy tyle śluzu, który spływał po moim kutasie w dół, spływał po nabrzmiałych jądrach, ściekając w rowek między pośladkami. Jej ujeżdżaniu mnie towarzyszyło chlupotanie jej soków, mlaskanie jej cipy, kiedy zbyt wysoko się uniosła. A miała do tego zdrowie… jeździła tak na mnie około godziny. Cóż, czegóż się nie robi dla własnego spokoju – nie byłem przez to pilnowany non stop, miałem swobodę poruszania się po wiosce i okolicy… chociaż wydawało mi się, że zawsze ktoś mnie obserwuje.
Nie liczyłem czasu jaki upłynął od czasu mojego porwania… tak z grubsza licząc i patrząc na ilość zaokrąglonych ciążowych brzuchów tubylek chyba jakieś 3-4 miesiące. Dziwiło mnie, że nikt mnie nie szuka… Aż pewnego dnia weszła z samego rana do mojej chaty Mguwa w towarzystwie nieodłącznych wielkich kobiet. Leżałem z Kupindą i z wolna rozbudzałem się po kolejnym „męczącym” dniu na obchodzie wioski i zaspokajaniu wystawionych na rżnięcie wioskowych cipek. Pogadała coś do Kupindy, chociaż wiele słów już rozumiałem, nie do końca orientowałem się, o co chodzi. Kupinda przetłumaczyła mi słowa Mguwy:
– Ona mówi, że ty być dobry mzimu dla wioski i ona ma dla ciebie prezent, i ona prosi ciebie, zostań jeszcze w wiosce…
A kiedy Kupinda skończyła tłumaczyć mi słowa Mguwy zza niej wysunęła się potężna kobieta trzymając w ręce moją walizkę podróżną. Byłem bardzo zdziwiony tym faktem, skąd one wzięły moje rzeczy. Zapytałem się o to Kupindy.
– My mamy w tym hotelu gdzie mieszkałeś swoich ludzi, znaczy się kierownikiem jest kobieta z naszej wioski… ona załatwiła wszystko, żeby ciebie nie szukali, bo wiedziała, że ty jesteś dla nas ważnym mężczyzną, że jesteś naszym mzimu, że wioska cię potrzebuje… i teraz, kiedy wiemy, że ty jesteś dobry mzimu i mój mąż także, oddajemy ci twoje rzeczy i… – zamilkła na dłuższą chwilę – boję się, że wyjedziesz od nas na zawsze.
– Głuptasie – powiedziałem do Kupindy – jak możesz tak myśleć, jesteś miła mojemu serce, nosisz pod nim moje dziecko i jestem w tobie zakochany, więc jak możesz tak myśleć, że cię opuszczę…
– Bo inni mężczyźni, którzy byli tutaj wcześniej, jak dostawali swoje rzcezy to natychmiast wyjeżdżali i już nigdy nie wrócili.
– Wiesz przecież, że ja jestem inny…
– Wiem, bo nawet ta kierowniczka z hotelu wskazała na ciebie, kiedy jechaliście na wycieczkę, żeby patrzeć na ciebie, że ty jesteś odpowiednim mężczyzną dla naszej wioski i naszych kobiet.
Zdumiałem się, że to wszystko od początku było zaplanowane i ukartowane. Ale nie mogłem być na nich zły, bo przecież chcieli jak najlepiej dla siebie, a że ja byłem im do tego potrzebny to już inna sprawa. Poza tym, to dobrze mi tutaj było i jest – wszyscy mnie kochają, czczą jak boga, mogę ciupciać do woli kiedy chcę, z kim chcę i ile chcę, nikt nie powie mi złego słowa, a wręcz przeciwnie, oddają się wszystkie z ochotą o każdej poprze dnia i nocy, a przede wszystkim to przysparzam im nowych potomków.
– Kupindo, ale ja i tak chciałbym na kilka dni wrócić do swojego kraju pozałatwiać moje sprawy i chcę wrócić z powrotem do was, do wodza, do tych kobiet, a przede wszystkim do ciebie.
Kupinda posmutniała słysząc te słowa. Przytuliłem ją do siebie, głaszcząc jednocześnie jej mocno zaokrąglony brzuszek, w którym rósł potomek zrodzony z mojego nasienia. Potem poszliśmy do wodza, któremu Kupinda powiedziała o moim zamiarze. Wódz, który jak zawsze ucieszył się na mój widok, kiedy to usłyszał zmarkotniał.
– Wódz też się boi, że ty już nie wrócisz, a jesteś takim dobrym mzimu…
– Powiedz wodzowi, że na pewno wrócę, niech się nie martwi, obiecuję.
***
Rozpakowałem swoje rzeczy, a przede wszystkim sięgnąłem po maszynkę do golenia. Przez ten czas urosła mi obfita broda i wyglądałem jak Robinson Cruzoe. Doprowadziłem się do porządku – wyglądałem teraz na powrót jak cywilizowany człowiek… i po trzech dniach przedstawiciele wioski odprowadzili mnie do odległej o prawie dzień marszu ****i, przy której czekała na mnie rozklekotana półciężarówka i zwiozła mnie na lotnisko. Wszyscy byli bardzo poważni i smutni podczas pożegnania. Widziałem, że nie wierzyli w mój powrót, powrót ich dobrego mzimu, z którym zaprzyjaźnili się i przywykli do niego. Dla mnie to pożegnanie też nie było łatwe, gdyż zżyłem się z nimi – powiem więcej – zaprzyjaźniłem. Ale wiedziałem, że w kraju czeka na mnie wiele nieuporządkowanych spraw, które musiałem pozałatwiać do końca, żeby móc wrócić na powrót do „mojej” wioski.
***
Zastanawiacie się, co dalej? Czy spełniłem swoją obietnicę daną Kupindzie i wodzowi? Czy wróciłem do wioski, w której mogłem przez cały dzień być nago, w której na progach chat czekały chętne kobiety z wystawionymi dla mnie ociekającymi ich sokami cipkami, w której na powitanie wszyscy z nabożną czcią całowali mojego nabrzmiałego penisa? Do wioski, w której wszyscy mnie szanowali jako ich mzimu, a także jako, mimo iż nie byłem ich koloru skóry, SWOJEGO członka ich społeczności pełnej rozwiązłości, seksu, chuci, żyjących swoim rytmem i według swoich ustalonych od wielu, wielu lat standardów. A może jednak pozostałem w swoim kraju, pośród znajomych i koleżeństwa, z którymi spędziłem wspólnie bądź co bądź wiele lat aż do czasu „porwania” mnie przez tubylców.
Rozdział V
Otóż tak – wróciłem.
Załatwienie wielu spraw i problemów w kraju zajęło mi ponad 3 miesiące. Nie omieszkałem poodwiedzać „starych” znajomych i koleżeństwo, którym opowiadałem o tym, co mi się przydarzyło. Oczywiście nie wierzyli mi, za to chwalili doskonałą opaleniznę i obecnie wręcz aksamitną skórę (na co miało wpływ codzienne smarowanie mnie przez wioskowe kobiety tamtejszym mazidłem). Jedynie jednemu z przyjaciół, z którym byłem na naprawdę „blisko” pokazałem swojego kutasa. Co prawda bez popijania wioskowego napoju mój penis powrócił do „spoczynkowej” pozycji, ale jego wielkość i grubość się nie zmniejszyła… no może troszeczkę. Zachwycił się nim, jego wielkością (a widział go niejednokrotnie wcześniej podczas naszych wspólnych nagich nasiadówek, kiedy to ja zazdrościłem mu wielkości i rozmiaru jego kutasa) i chyba jako jedyny uwierzył w to, co opowiadałem. Ogromnie mi zazdrościł. Sprezentowałem mu za to w nagrodę flaszeczkę napoju, którym raczyłem się codziennie w wiosce. Na następny dzień wpadł do mnie z radosną miną, rozpiął kurtkę i pokazał, że od wczoraj ma cały czas „namiot” w spodniach i jeśli „coś mu na drzewo nie ucieknie, to przerżnie od ręki…”
***
Po wylądowaniu na lotnisku i załatwieniu odprawy oraz zakupienia pistoletu i niezbędnej do niego reszty wyposażenia ruszyłem w kierunku mojego „przeznaczenia”, czyli wioski, z którą jakoś zżyłem się i zaczynałem za nią tęsknić. Ciągnąc za sobą swoją walizkę ruszyłem ****ą w kierunku, z którego przywiozła mnie ponad miesiąc temu półciężarówka. Po paru godzinach udało mi się zatrzymać jakieś zdezelowane auto, a ponieważ umiałem jako tako porozumieć się w ich języku kierowca zgodził się podwieźć mnie do miejsca, z którego wiedziałem, że trafię na powrót do wioski.
Całe popołudnie jechaliśmy, a kiedy poznałem miejsce, z którego odwożono mnie na lotnisko wysiadłem i ruszyłem w stronę wioski orientując się według słońca. Jakże dziękowałem mojemu ojcu za to, że nauczył mnie poruszać się po nieznanym terenie kierując się jedynie wskazówkami słońca i drzew. Zapadł zmrok i znalazłem zaciszne miejsce żeby przeczekać noc, bo mimo wszystko nie znałem ani terenu, ani warunków… byłem przecież sam, wcześniej odprowadzało mnie prawie pół wioski więc nie miałem się czego bać. Tak dotrwałem do rana, jedynie drzemiąc w rozwidleniu gałęzi wielkiego drzewa pod rozgwieżdżonym niebem, nasłuchując porykiwania lwów, chichotu hien i wielu innych dziwnych odgłosów zwierzyny zamieszkującej te tereny.
Rano, wiedząc, że już jestem daleko od ****i, rozebrałem się do naga, gdyż ubiór męczył mnie, krępował moje ruchy – tak przywykłem do nagości, że w ubraniu czułem się jak w więzieniu. Ruszyłem w ****ę. Słońce przyjemnie grzało moje plecy, bose stopy na powrót czuły rozgrzaną ziemię… czułem, że jestem częścią tej krainy. Mijała godzina za godziną, a ja nieustannie wędrowałem w kierunku „mojej” wioski. Późnym popołudniem zacząłem poznawać majaczące w oddali wzniesienia, które były charakterystyczne dla „mojej” okolicy. Wiedziałem, że idę w dobrym kierunku i jeszcze parę godzin, a będę na miejscu. Cieszyłem się na myśl, jakąż sprawię im niespodziankę swoim przybyciem, a przede wszystkim tym, że dotrzymam danego słowa Kupindzie i wodzowi.
Wreszcie zobaczyłem znajome kępy drzew i krzątające się w polu kobiety. Zboczyłem z najkrótszej trasy chcąc dojść do wioski od przeciwnej strony, tak żeby sprawić im niespodziankę. Wreszcie wszedłem w obręb wioskowych chat. W pierwszej chwili zrobił się zamęt i popłoch wśród kobiet – jakiś nieznany człowiek wyłania się spoza chat i śmiało idzie środkiem wioski, by po chwili ustąpić miejsca niepohamowanej radości i okrzykom radości. Kilka będących najbliżej mnie kobiet pędem rzuciło się w moim kierunku, otoczyło mnie ciasnym wianuszkiem, tuląc się do mnie, głaszcząc mnie po ciele… że o całowaniu lekko nabrzmiałego na ich widok kutasa nie wspomnę. Ująwszy mnie pod ramiona prowadziły pokrzykując radośnie, że „ich mzimu wrócił…” Prowadziły mnie wprost do chaty wodza, który zapewne powiadomiony o moim przybyciu wyszedł przed chatę. Wódz rozczulił się na mój widok, przytulił się do mnie, pogłaskał mnie po twarzy po czym schylił się i ucałował mojego kutasa prosto w wyzierający spod napletka nabrzmiały i zaczerwieniony łebek. Spojrzał na mnie i zobaczyłem, że choć ma oczy pełne łez, to uśmiecha się pełen radości i szczęścia. Lecz ja rozglądałem się wokoło wypatrując kochanej twarzy.
Zobaczyłem, jak spoza chaty biegnie w moim kierunku ona – ona, moja Kupinda. Jej teraz sporych rozmiarów brzuch torował sobie ****ę w powietrzu, a jej nabrzmiałe piersi podskakiwały w rytm jej biegnięcia nieskoordynowanie majtając się we wszystkich kierunkach. Dobiegła do mnie i rozpędem rzuciła się na mnie o mało mnie nie wywracając na ziemię. Ujęła dłońmi moją twarz. Z jej oczu leciały łzy jak grochy, znacząc lśniące ścieżki na policzkach…
– Jesteś, jesteś – powtarzała – tak czekałam… jesteś mój kochany, nareszcie jesteś – trajkotała jak najęta – jesteś, mój ty, kochany, najdroższy, jedyny… jesteś…
– Jestem – i przytuliłem ją mocno do siebie – i zostanę tak długo, jak długo mnie zechcecie gościć u siebie w naszej wiosce.
– Dzisiaj wieczór robić uroczystość – oznajmił wódz i ruchami rąk nakazał pozostałym kobietom zajęcie się przygotowaniami. – A teraz ty musi wypić ze mną nasz napój – i nalał pełną czarkę i podał ją mnie.
Wziąwszy czarkę od niego, schyliłem się i ucałowałem czubek jego sterczącego penisa, dotknąłem czołem do niego, wylałem sporą porcję napoju na niego i wypiłem do dna. Stęskniłem się za tym smakiem… no i oczywiście za efektami, jakie on dawał. Kiedy całowałem i przykładałem do czoła jego penisa wśród zgromadzonych wokół kobiet rozległ się głośny szmer i pomruki zadowolenia, a także potupywania, co było u nich oznaką wielkiej pochwały i uznania. Także Kupinda, kiedy zostaliśmy sami uścisnęła mnie mocno i powiedziała, że zachowałem się z szacunkiem i jak przystało na „dobrego wioskowego mzimu”.
Kiedy ściemniło się pośrodku wioski zapłonęło ogromne ognisko, rozpoczęła się zabawa, Siedziałem obok wodza, popijając napój przeznaczony dla tego typu zabaw, ulewając tradycyjnie kilka kropli na wodzowego kutasa, zresztą on czynił podobnie. Kupinda siedziała przytulona do mnie, trzymając mocno pod ramię, jakby bała się, że znowu ją opuszczę, głaszcząc moje ciało, jakby nie mogła uwierzyć, że jestem znowu obok niej. Oczywiście pojawiły się brzemienne dziewczęta, które odbyły ze mną „swój pierwszy raz”. Każda podchodziła, całowała i przykładała do czoła mojego na powrót sterczącego i nabrzmiałego penisa. Inne kobiety, które zapłodniłem w czasie mojej poprzedniej obecności, także podchodziły i robiły to samo, co i pierworódki. Podobało mi się to ich „bałwochwalstwo” mojego kutasa, który wewnętrznie cieszył się, że znowu będzie miał różnych chętnych cipek do ruchania pod dostatkiem.
Ognisko płonęło, obok niego na rożnach piekło się jakieś mięso i warzywa, na liściach porozstawiane były owoce, ale przede wszystkich nieustannie krążyły tykwy z owym napojem, który wspólnie z wodzem ochoczo wychylaliśmy czarka za czarką. Rozpoczęły się tańce w rytm bębnów… kobiety rytmicznie podskakiwały, przytupywały wzniecając obłoki wszędobylskiego kurzu. Zabawa rozkręcała się na całego. Po pewnym czasie podchodziła do nas któraś z tańczących kobiet, całowała wodzowego kutasa, ssała go przez pewien czas bądź siadała okrakiem na nim, podskakując w rytm dudniących bębnów. Także i ja nie byłem pomijany w tych czynnościach. Kupinda patrzyła z zadowoleniem, jak coraz to więcej młodych, starszych i starych kobiet podchodziło do mnie, całowało odsłonięty łebek mojego nabrzmiałego i sterczącego penisa, po czym bez ogródek nadziewały się na niego ujeżdżając go przez dłuższą chwilę.
Orgia trwała w najlepsze – pełna seksu, perwersji i mnóstwa wypitego napoju. Taniec wokół ogniska nabrał szalonego tempa i niektóre z kobiet zaczęły się wzajemnie pieścić, całować, stykać nagimi cipkami o inne cipki. Przed miejscem, gdzie siedziałem ja i wódz, cztery kobiety utworzyły mini krąg wsadzając sobie całe dłonie w cipkę d**giej dogadzając sobie tym sposobem. Ich wsuwające się i wysuwające z rozpalonych pożądaniem cipek lśniły od ich soków w blasku płomieni ogniska. Towarzyszyły im przy tym pojękiwania, pomrukiwania, a kiedy któraś z nich osiągała orgazm to i pokrzykiwania. Patrzyliśmy z wodzem na tę zabawę, która dawała przyjemne dla oczy wrażenia. Aż wreszcie nie wytrzymał, zwracając się w moim kierunku powiedział:
– Już tyle czasu siedzisz tutaj, a jeszcze nie ruchałeś Kupindy… chcę widzieć, jak robisz to z moją córką..
Rad nie rad pociągnąłem Kupindę za rękę ku sobie. Kupinda była w wysokiej ciąży, jej kształtny wielki brzuszek dotknął mojego brzucha. Nacelowała swoją szparkę na mojego penisa, by po chwili zagłębił się w jej gorącym i mokrym wnętrzu. Oparła się rękoma o moje kolana i tak przez chwilę mój penis wjeżdżał i wyjeżdżał z jej cipki. Wódz z zainteresowaniem patrzył na mojego jasnego kutasa zanurzającego się między jej czekoladowe wargi sromowe, pomrukując z zadowoleniem. Ujął w rękę swoją pałę i nieustannie patrząc na nasze poczynania masturbował się rytmicznie. Kupinda kręciła się na moich kolanach niecierpliwie. Nie była to zbyt wygodna dla niej pozycja w jej stanie. Szepnąłem jej, żebyśmy zmienili pozycję na wygodną dla niej, co z chęcią uczyniła, klękając wypiętym w moim kierunku tyłeczkiem, ukazując lśniącą od soków i podniecenia w blasku ogniska cipkę. Schwyciłem ją za biodra i zacząłem rytmicznie posuwać od tyłu. Jej cipka mimo tylu wypływających z niej soków była nadal ciasna, ściśle obejmowała pochwą mojego kutasa. Z każdym moim ruchem głośny wzdychała, aż poczułem, jak jej szparka zaczyna zaciskac się mocniej na moim członku. Wiedziałem, że zbliża się jej orgazm. Także i ja poczułem zbliżający się wytrysk. Prawie jednocześnie dotarliśmy „na szczyt”. Przez chwile jeszcze wpuszczałem w nią swoją spermę. Kiedy wyjmowałem go z niej, na końcu mojego kutasa zwisała nadal obfita kropla spermy. Kątem oka dostrzegłem, że wódz teraz już nie masował swojego kutasa, ale wręcz walił go z szybkością tłoka pracującego na wysokich obrotach silnika wyścigowego bolidu. Aż po chwili krzyknął, jego ręka znieruchomiała, a na czubku jego pały pokazała się duża kropla białej spermy i zaczęła powoli spływać mu po palcach aż na obwisły worek.
Nie wiadomo skąd, ale nagle, pojawiła się Mguwa w otoczeniu potężnych kobiet. Widząc, że wódz upuścił właśnie swoje soki szybko zbliżyła się do niego, schyliła się i zaczęła namiętnie ssać jego ospermionego kutasa. Mlaskała przy tym niesamowicie jedną ręką trzymając kutasa, d**gą zaś miętosiła jego worek, ciągnąc go aż do granic wytrzymałości w dół. Kiedy wylizała i wyssała całkowicie jego pałę, spojrzała w moim kierunku. Na jej twarzy zagościło coś na kształt uśmiechu. Oblizała się lubieżnie po ssaniu wodzowej pały i skierowała się w moją stronę. Podeszła bliżej. Stanęła do mnie tyłem i wypięła mocno swoje wysuszone pośladki, spomiędzy których zwisały jej wielkie i pomarszczone wargi sromowe. Stała w rozkroku podtrzymywana przez dwie z towarzyszących jej kobiet wystawiając na mój widok swoją rozwartą, ociekającą śluzem cipę. Wiedziałem, co muszę zrobić. Nie za bardzo mi się to uśmiechało, gdyż wolałem jednak młodą i kształtną szparkę Kupindy i wielu innych wioskowych kobiet lub dziewcząt, ale „co obowiązek, to obowiązek”. Nie chciałem mieć w niej wroga. Rad nie rad podniosłem się siedziska i podszedłem do niej. Jednym zdecydowanym i brutalnym pchnięciem wjechałem w jej pizdę. Aż zapiszczała. Nie wiem, czy z rozkoszy, czy z bólu (raczej to pierwsze, bo z jej cipy wręcz wyciekały potoki śluzu). Rżnąłem jej suchą cipę trzymając mocno za chude pośladki. Kilka minut „zaspokajałem” staruchę. Lecz w końcu zmęczyłem się i moje ruchy w jej cipie ustały. Cofnąłem się lekko w tył, a mój penis wyskoczył z niej z głośnym mlaśnięciem. Mguwa powoli odwróciła się do mnie. Poklepała mnie po ramieniu, mamrocząc coś bezzębnym ustami, wzięła w swoją garść mój napęczniały worek i jakby „ważyła” jego ciężar. Pomachała nad moim przyrodzeniem swoją nieodłączną miotełką i odeszła w głąb wioski zadowolona. Wódz także pokiwał dłonią z uznaniem – znaczy się, dogodziłem starusze, ale niesmak pozostał.
Pojawiły się natomiast przy wodzu i mnie *********** dziewczęta, które w niedługim czasie będą uczestniczyć w ich „święcie” inicjacji. Otoczyły wianuszkiem wodza, bawiąc się od czasu do czasu jego sterczącą pałą. Wódz nakazał kilku z nich, aby zajęły się także mną, co skwapliwie uczyniły, siadając między mną a Kupindą. Od razu zajęły się moim członkiem, smarując go mazidłem, pieczołowicie smarując nie tylko jego, ale także i nabrzmiały worek. Robiły to tak sumiennie, że poczułem nowy przypływ energii do dalszego kopulowania. Skinąłem więc ręką na przechodzącą właśnie obok nas kobietę z wielkimi piersiami. Natychmiast skręciła w moją stronę. Podeszła bliżej i tradycyjnie ucałowała z czcią czubek mojego penisa, przyłożyła go do swojego czoła i pytająco spojrzała w moje oczy. Kiwnąłem potakująco głową. Spojrzała w stronę wodza, który także kiwnął potakująco głową. Wiedziała już, co ma robić. Położyła się na macie, którą miałem pod nogami, rozkładając szeroko na boki nogi i wystawiając na mój widok swoją czekoladową cipę. Spomiędzy fałd jej warg ukazała się różowiutka norka, oczywiście ociekająca śluzem lśniącym w blasku płomieni ogniska. Klęknąłem między jej nogami. Jedna z otaczających mnie młodych dziewcząt nakierowała mojego penisa w stronę jej cipki. Wspierając się na rękach pchnąłem go zdecydowanie w gotową do kopulacji kobietę. Wjechał w nią gładko, jak ostry nóż w masło. Zacząłem systematyczne rżnięcie tej posłusznej mojej chuci cipki. Kobieta objęła mnie rękoma w pasie, przytrzymując, jakby bała się, że zbyt szybko wyjdę z niej. Ale ja nie miałem zamiaru. Czułem, że mam zapas spermy, która muszę wypuścić. Po paru minutach czułem, że jest gotowa do orgazmu – dyszała coraz szybciej, pomrukiwała z coraz większym zadowoleniem. Ja też czułem, że zbliża się i u mnie ta chwila. Kiedy jej pomruki przeszły w ciągły ton, co było oznaką jej orgazmu trysnąłem moim nasieniem w jej ochoczą cipkę. Wpompowałem sporą porcję i zastygłem w bezruchu. Usłyszałem klaskanie za sobą – to wódz po raz kolejny dawał tym wyraz swojemu zadowoleniu. Wyjąłem świecącego się od spermy i śluzu kutasa z cipki kobiety, która natychmiast przyssała się do niego ustami wylizując go do czysta i wysysając z niego pozostałe resztki spermy i ponownie pocałowała jego czubek i przyłożyła go do czoła.
***
Po kilku dniach „aklimatyzacji” w „mojej wiosce” odwiedził nas posłaniec z zaprzyjaźnionej męskiej wioski. Przybył z wiadomością od ich wodza, który gdy tylko dowiedział się o moim ponownym przybyciu wysłał do nas posłańca, który w jego imieniu zaprosił wodza i mnie do nich na zorganizowaną uroczystość inicjacji młodych chłopców w ich wiosce. Wódz oczywiście podziękował za zaproszenie i obiecał, że pojawimy się na niej. I tak też się stało – po trzech dniach wyruszyliśmy z wodzem i kilkoma kobietami w formie „obstawy”. Po paru godzinach wędrówki, z racji powolnego chodu wiekowego wodza, dotarliśmy do męskiej wioski. Widać było gorączkowe ostanie przygotowania do uroczystości. Plac na środku wioski był wysprzątany, drewno do ogniska przygotowane, a wokół niego poustawiano siedzenia, oczywiście z „tronem” dla ich wodza, a obok niego stały ozdobne siedzenia przygotowane z myślą o nas.
Wódz przywitał się z nami serdecznie, częstując ich napojem, który jako żywo smakował i dawał te same efekty jak w wiosce kobiet. Podczas naszego marszu na uroczystość nasze penisy lekko opadły nie mając „dopalacza” w postaci napoju. Teraz, po kilku łykach owej mikstury, nasze członki zaczynały, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, powracać do twardej postawy. Wodzowie rozmawiali ze sobą, a ja obserwowałem przygotowania do inicjacji w męskim wydaniu. Wniesiono coś w rodzaju kozła i ustawiono na wprost siedziska wodza. Po przeciwnej stronie palącego się ogniska zasiadło kilku tubylców z bębnami, powoli zaczynając jakby próbować instrumenty – w sumie wychodziła z tego jakaś melodia i rytm. Po prawej stronie ustawiono kilkunastu chłopcó*****ieku 12-14, jak na moje oko. Stali zbici w grupkę nie wiedząc, co ich czeka, chociaż wcze4śniej jako dzieci widzieli tę ceremonię, to jednak co innego oglądać inicjację, a co innego być jej uczestnikiem, wiedzieli na pewno o tym, że dzisiaj będzie ich inicjacja do męskiego grona. Muzycy coraz głośniej zaczęli wybijać rytm, któryś z nich zaczął smętnie zawodzić (inaczej nie umiałem tego nazwać, bo raczej przypominało to odgłosy wyjca w tropikach niż śpiew). Wódz wioski zaprzestał rozmowy z „moim” wodzem i skinął ręką. Na środek okręgu wtoczył się otyły mężczyzna wymalowany pstrokatymi farbami, wyglądał jak pomalowana w pijanym widzie papuga, ze sterczącym spod wielkiego brzucha malutkim kutasem, a pod nim wisiały w rozciągniętym prawie do kolan workiem z jajami, do którego przyczepione były różne świecidełka. „To ich szaman” szepnęła jedna z siedzących za moimi plecami ochroniarek.
Rozpoczął taniec wokół siedzących w okręgu mężczyzn, pokrzykując, pojękując i mamrocząc coś tam w ich języku w rytm dudniących bębnów i popiskujących piszczałek, machając trzymaną w ręku miotełką z piór papug, traw i chyba włosów. Kilku mężczyzn wniosło i ustawiło naprzeciwko ich wodza, a przed naszymi oczami, coś w rodzaju wysokiej ławki wyścielonej chyba bawolą skórą. Szaman wydzierał się coraz głośniej machając opętańczo miotełką przed ciałami i oczami stojących w rzędzie nastolatków. Przestał. Inni mężczyźni podprowadzali kolejno chłopców i układali ich na tej ławie w takiej pozycji, iż ich tyłki były wypięte w naszym kierunku. Kiedy już wszyscy byli ułożeni na swoich miejscach, inny pomocnik szamana podszedł z dużym naczyniem i polewał ich tyłki jakimś tłuszczem, i to w takiej ilości, że spływał on rowkiem między pośladkami, po wyeksponowanych workach z nabrzmiałymi jajami i zwisających kutasach, po ich udach, łydkach, stopach… i rozsmarowywał dokładnie okolicę odbytu. Szaman wznowił swoje zawodzenie, a podchodząc do kolejnego chłopca pomocnik podawał mu wystrugane z drewna coś na kształt analnego pluga, który szaman zręcznym ruchem zatykał każdemu po kolei jego tyłek. Kiedy już wszyscy byli „zatkani” korkami, pod stojącym stołem pojawili się starsi mężczyźni i usiedli „po turecku” tak, że każdy z nich siedział między dwoma „nieszczęśnikami”, którym wyraźnie widać było, że drżą nogi. Na znak dany przez szamana każdy z siedzących ujął w ręce po zwisającym na razie kutasie i zaczął mu obciągać. Z mojej strony wyglądało to, jakby kilka mleczarek doiły stadko krów.
Siedzące za moimi plecami „ochroniarki” zaczęły coraz to głośniej sapać i dyszeć… pomyślałem sobie, że taki widok działa także na nie podniecająco, wszak wszystkie kochały kutasy, lubiły się pieprzyć na potęgę – a tu tyle młodych penisów, które obciągają faceci adeptom wstępującym w dorosłość. Sięgnąłem jedną ręką w tył i natrafiwszy na udo „ochroniarki” przesunąłem ją w górę licząc, że dotrę aż do jej cipki. Faktycznie – dotarłem… Jej cipka ociekała śluzem, więc niewiele myśląc wsadziłem bez pardonu od razu trzy palce w głąb jej cipki, rozwartej z podniecenia i pozycji w jakiej siedziała. Westchnęła cichutko i przeciągle. Pomyślałem, że z d**giego boku siedzi d**ga i też byłoby jej przyjemnie, gdybym pogmerał palcami i w jej cipce. Tak też uczyniłem. Teraz miałem zajęte obie ręce, ale kobiety znały się na rzeczy – jedna przystawiała mi do ust czarkę z owym napojem, d**ga zaś ujęła mojego kutasa i lekko go masowała. Zerknąłem w stronę „mojego” wodza. Jemu też pilnujące i ochraniające kobiety masowały pałę, podając mu do picia czarkę. Także wódz męskiego plemienia był „obsługiwany” przez dwóch młodzieńców, z których jeden ssał mu pałę, a d**gi intensywnie lizał mu jajka.
Tymczasem młodzi adepci dorosłości zaczynali jeden po d**gim tryskać spermą, która spadała na nogi siedzących pod stołem i obciągających ich kutasy mężczyzn. Kiedy ostatni z nich trysnął swoją spermą, szaman skinął w kierunku wodza. Wódz podniósł się ze swojego siedziska i podszedł do pierwszego z wypiętych chłopców. Szaman szybkim ruchem wyciągnął z jego tyłka drewnianą „zatyczkę”, a wódz, któremu w tym czasie jeden z usługujących polał kutasa mazidłem, namierzył jego tyłek, przytknął kutasa i bez pardonu brutalnie wepchnął mu całego swojego, słusznych zresztą rozmiarów, kutasa w dupę. Pchnął nim w jego dupie ze trzy razy i wycofał się, podchodząc do następnego. I ceremonia się powtórzyła: zatyczka, mazidło, nacelowanie, wsadzenie i ze trzy pchnięcia. Kiedy skończył z ostatnim wrócił na swoje siedzisko, wysunął biodra w przód eksponując swojego świecącego się od mazidła kutasa. Jego przyboczni natychmiast nachylili się nad nim i pieczołowicie zaczęli wylizywać i wysysać jago pałę, mrucząc przy tym i mlaskając.
Moje ręce nadal były zajęte pieszczeniem cipek moich „ochroniarek” – palce buszowały w ich wnętrzach, a kciuk ugniatał ich łechtaczki. Wierciły się okropnie, dysząc przy tym wprost do mojego ucha. Coraz to któraś z nich nachylała się w kierunku mojego penisa i ssała go namiętnie, podczas gdy d**ga podawała mi czarkę z napojem do popicia.
Tymczasem chłopcy, którzy przed chwilą byli „rozdziewiczeni” drewnianym plugiem i kutasem wodza, nadal leżeli na ceremonialnym stole. Wódz dał ręką jakiś znak. Kilkunastu dorosłych mężczyzn podeszło do wypiętych chłopców i zaczęło ich normalnie dupczyć. Rozległy się jęki umęczonych chłopców, lecz oni nie zważali na to. Kiedy już któryś z nich spuścił się do dupy młodzieńcowi, ustępował miejsca kolejnemu, który także folgował swojej chuci. Bo od tej pory, jak mi szeptem wyjaśniła jedna z moich ochraniających kobiet, każdy w wiosce mógł dupczyć takiego chłopaka, ale także i ów chłopak mógł bezkarnie robić to oficjalnie z innymi mężczyznami. Współczułem tym chłopakom, bo kolejni podchodzili do nich i po parominutowym używaniu ich odbytu spuszczali się. U niektórych chłopców już było widać wyciekającą z ich tyłków spermę, a kolejka oczekujących na „ceremonialne” dupczenie chłopców niewiele się zmniejszyła. Oj, czekała ich jeszcze ciężka przeprawa, ale kolejne podawane im do picia porcje napoju chyba im pomagały… a może ich dupki przyzwyczajały się do penetrujących ich tyłki kutasów.
Wódz męskiej wioski zsunął się bardziej na swoim siedzisku, pociągnął za rękę jednego z jego osobistego towarzystwa. Młodzieniec wiedział, co ma robić. Stanął okrakiem nad jego kutasem, by po chwili nadziać się na niego. Wódz tkwił w bezruchu, młodzieniec natomiast regularnie nadziewał się na wodzowego kutasa. Po kilku minutach zmęczył się widać, bo zastąpił go d**gi z dzisiejszych posługaczy i także kilkanaście minut ujeżdżał wodzowego kutasa. Oboje klęknęli teraz przed wodzem, a ten zaczął trzepać swojego kutasa – po jakiejś chwili trysnął spermą na twarz jednego z nich, ale d**gą porcję skierował na d**giego. Obaj przyjęli po słusznej porcji na twarz, oblizali się ze smakiem i na zmianę zaczęli ssać jego pałę, tak że po niedługim czasie był wylizany do czysta.
Moim „ochroniarkom” także niewiele brakowało do orgazmu – ich uda drżały spazmatycznie, śluz z ich cipek wypływał prawie litrami. Ich cyce były do maksimum wtulone w moje plecy, a ich ręce zaczynały wykonywać coraz to bardziej nieskoordynowane ruchy. Jęczały głośno – i trudno się dziwić: moje „pracowite” ręce, widok tylu sterczących kutasów, odgłosy dupczenia chłopców odbywających inicjację działał na nie jak wiadro owego napoju. Spojrzałem się w stronę „mojego” wodza, a ten zrozumiał mój wzrok – kiwnął potakująco głową. Zagiąłem palce w cipce jednej z nich i pociągnąłem ją w swoim kierunku. Zrozumiała. Posłusznie i z ochotą przesunęła się do przodu i wypięła w moim kierunku swoją ociekającą śluzem cipkę. Klęknąłem za nią i wepchnąłem jej swojego kutasa aż po same jaja. Jęknęła z rozkoszy. Schwyciłem ją za rozłożyste biodra i zacząłem solidnie pieprzyć. Mimo tego, że była taka wilgotna, rozluźniona pracą moich palców, to jednak była ciut ciasna. A to przez to, że mój penis od ciągłego popijania owego napoju osiągnął rozmiary podobne do wielkości kutasa „mojego” wodza. Kilka minut posuwałem ją, wstrzymując się z wypuszczeniem spermy, bo chciałem zachować siły na pierdolenie także d**giej „ochroniarki”. Kiedy pierwsza dostała orgazmu, wyszedłem z niej i skinąłem na d**gą. Ta błyskawicznie wystawiła mi swoją oślizgła cipkę. Dupczyłem ją kolejne kilka minut – napój miał tę właściwość, że nie dość, iż miało się chęć i siły, to jeszcze wiedziałem, że porcja spermy po takim dupczeniu będzie duża i starczy na obdzielenie nią ich obu. Kiedy wyszedłem z jej rozgrzanej cipki obie przybliżyły się do mojego penisa i zaczęły go obciągać. Pozwoliłem mojemu ładunkowi swobodnie wylecieć. Czuły ten moment, bo obie zbliżyły otwarte usta do niego – trysnąłem porcją, potem d**gą i jeszcze dwa razy. Obie połknęły swoją „działkę” (nauczyłem je, że można też ją połykać, a nie koniecznie tylko tryskać w pochwę).
Popatrzyły na mnie zadowolonym i spełnionym wzrokiem… ucałowały go z nabożną czcią, przytuliły do czoła i… podały mi kolejną czarkę z napojem. Zresztą i kolejka do chłopców zmalała do jeszcze dwóch oczekujących na wolny tyłek któregoś z chłopaków – znaczy się, że ceremonia miała się ku końcowi.
I tak też faktycznie było – kiedy ostatni z mężczyzn wydupczył wypiętych chłopców, podeszli do nich mężczyźni i pomogli im się podnieść, bo sami na pewno by upadli. Słaniali się na swoich miękkich z wymęczenia nogach, z ich tyłków wylewały się potoki wpompowanej w ich odbyty spermy, na twarzach każdy z nich miał bolesny grymas, ale też w ochach blask przejścia przez proces inicjacji – stali się prawdziwymi mężczyznami w oczach całej wioski.
Jako, że to był koniec ceremonii mężczyźni zaczynali powoli rozchodzić się do swoich chat. Ponieważ było już późno w nocy, wioskowy wódz zaproponował nam przespanie się w chacie dla gości, abyśmy dopiero rano mogli wyruszyć w ****ę powrotną. Rozlokowaliśmy się w chacie – nie była ona zbyt wielka, a nas była szóstka osób, w tym cztery wielkie kobiety stanowiące naszą osobistą ochronę. Zlegliśmy na podłodze wyłożonej matami. Było ciasno, a nasze ochroniarki nadal miały chcicę napatrzywszy się na wielką orgię w męskim wykonaniu. To nic, że ja wyruchałem moje dwie ochroniarki, a mój wódz także zasadził każdej ze swoich ochroniarek swoją pałę w ich cipki. One nadal miały chęć. Teraz już bez żenady zamieniały się miejscami i co rusz któraś ssała mojego kutasa lub wodzowego, inne w tym czasie ciągały nas za worki – z wodzowym miały łatwiej, bo jego wór był już mocno obwisły, ale i z moim też sobie dobrze radziły. Lizały nasze jaja, by po chwili kucnąć nad sterczącą pałą wodza lub moją i nadziać się bez pardonu do samego końca i poujeżdżać nas przez jakiś czas. Nie były poszkodowane – mój kutas dorównywał wielkością i grubością wodzowej pale – z tym, że ja po raz kolejny spuściłem się w nie ruchane jeszcze dzisiaj przeze mnie szparki… by po chwili zaczęły nadziewać się ospermionymi cipkami na kutasa wodza. W tym czasie inne pieczołowicie wylizywały resztki spermy i śluzu z naszych kutasów. Długo w noc jeszcze trwała nasza malutka, wodzowa i moja, orgietka, aż zmęczeni wrażeniami dnia i wieczoru oraz wyssani do cna ze spermy zasnęliśmy wtuleni w siebie, to znaczy ja byłem przygnieciony wielkimi cyckami i udami moich ochroniarek.
Rankiem po przebudzeniu i zjedzeniu jakiegoś skromnego posiłku, wypiciu obowiązkowej czarki napoju i pożegnaniu się z wodzem męskiej wioski wyruszyliśmy w ****ę powrotną. Trwało to prawie pół dnia, ale to tylko dlatego, że wódz z lekka niedomagał z chodzeniem, a i kobiety-ochroniarki domagały się kolejnych porcji pieprzenia się albo z wodzem, albo ze mną. Do wioski dotarliśmy jakoś przedwieczorną porą. Jeszcze nie zdążyliśmy dojść do wioski, kiedy jakaś wioskowa kobieta podbiegła zdyszana do nas i oznajmiła, że Kupinda właśnie urodziła – urodziła córeczkę, przez co wioska była pełna szczęścia: nie dość, że jedyna prawowita córka wodza, to na dodatek żona ich mzimu. Wódz w przypływie radości wyściskał mnie czule i w porywie chwili znowu schylił się i ucałował mojego kutasa w wystający spomiędzy napletka łebek i przytknął go sobie do czoła. Tak dziękował mi za to, że sprawdzam się w roli wioskowego rozpłodnika i przysparzam splendoru jego wiosce, no i chyba też za to, iż wróciłem do wioski, a teraz jego córka urodziła dziecko – i to dziewczynkę.
Swoje pierwsze kroki skierowałem właśnie do naszej chaty, żeby zobaczyć Kupindę i naszą nowo narodzoną córeczkę. Kupinda leżała na macie, jej twarz wyrażała szczęście, a jednocześnie i zmęczenie porodem. Na jej brzuchu leżało nasze maleństwo – taka kruszynka o jasnej skórze i główce pokrytej kędzierzawymi czarnymi włoskami. Klęknąłem obok nich – ucałowałem Kupindę i szepnąłem jej do ucha „dziękuję za taką śliczną córeczkę”, a potem ucałowałem też maleństwo. Wódz ogłosił wielką wioskową fetę na tę okoliczność i wszyscy rozbiegli się czynić przygotowania do niej.
cdn.
Rozdział IV
Przed chatą wodza czekało na mnie kilku nagich mężczyzn, z których jeden, obwieszony wieloma naszyjnikami wyglądał mi na ich przywódcę. Nie pomyliłem się. Dowiedziałem się, że przyszli zaprosić mnie do swojej wioski, ponieważ dowiedzieli się, iż jest nowy mzimu i chcą go ugościć. Skąd tak szybko dowiedzieli się o tym, pomyślałem, ale przecież Afryka jest najbardziej plotkarskim krajem, a może te bębny wysyłają sygnały tylko dla nich zrozumiałe. Zgodziłem się po uzgodnieniu z Kupindą, że prócz niej będą mi towarzyszyły cztery wioskowe kobiety jako ochrona i obstawa. A kiedy zostawili wodzowi przyniesione prezenty i wymianie żywności między obiema grupami społeczności poszliśmy w kierunku ich wioski. Wczesnym popołudniem dotarliśmy na miejsce. Chociaż o tym wiedziałem i tego się spodziewałem małym zaskoczeniem był dla mnie widok tylko samych mężczyzn i chłopców w różnym wieku, chodzących, siedzących bądź leżących w chatach. A jeszcze większym zaskoczeniem było to, że wcale się nie krępując przybyciem obcej osoby do wioski – uprawiali gejowski seks we wszystkich możliwych konfiguracjach. A to czterech mężczyzn wzajemnie dupczyło się i ssało sobie nawzajem kutasy, a to chłopcy 8- a może 10-letni bawili się swoimi małymi kutaskami obciągając lub ssąc sobie wzajemnie.
Zaproszono mnie do chaty wodza, który siadłszy na swoim krześle zaczął wypytywać mnie o moje podejście do męskiego seksu. Widać otrzymał ode mnie zadowalającą odpowiedź, bo po jego poleceniu do chaty weszło kilkunastu mężczyzn i chłopców, którzy zasiedli wokół wodza i mnie. Moje pilnujące i ochraniające mnie kobiety zagrodziły im ****ę do zbyt bliskiego przebywania przy mnie. Wiedziały, co robią, bo mężczyźni i chłopcy otaczający ich wodza bez żenady zaczęli mu obciągać i ssać kutasa, który powoli twardniał i sztywniał pod wpływem tych zabiegów. Sam w tym czasie bawił się kutaskami chłopców, miętolił ich małe woreczki z jądrami, a jednemu z wyrostków ssał w czasie, kiedy o nic się mnie nie pytał, a tylko słuchał tłumaczenia moich słów przez Kupindę. Pewnie gdyby nie było mojej ochrony ja także stałbym się obiektem tych karesów ze strony wioskowych mężczyzn. Ale ja byłem MZIMU kobiecej wioski, byłem MZIMU dla nich i tylko ich, więc mogłem czuć się bezpiecznie.
Kiedy wodzowi jego męskość stała się odpowiednio twarda, jeden z chłopców, może 14-letni Murzynek o uśmiechniętej i bardzo sympatycznej buzi, wypiął się tyłkiem w jego stronę, a wódz natychmiast przytknął i jednym pchnięciem wsadził mu w czekoladowe oczko swojego kutasa. Przez dłuższą chwilę tak go posuwał, a my, to znaczy ja i otaczające mnie kobiety, musieliśmy słuchać jego stękania i sapania, pojękiwania nastolatka… aż wyciągnął go, przez chwilę potrzepał i trysnął strugą spermy na jego plecy. Wsadził mu jeszcze raz w tyłek, po czym klepnął go w pośladek i tak zakończył się pokaz wodza.
Potem oprowadził mnie po wiosce, pokazał, że wszyscy ze wszystkimi w jego wiosce dupczą się na potęgę: chłopcy z mężczyznami, nastolatkowie z chłopcami lub zaledwie dziećmi, dzieci ze sobą bawiły się swoimi przyrodzeniami – jednym słowem orgia w męskim wydaniu, coś a’la Sparta lub Rzym z Kaligulą w starożytności. Proponował mi skorzystanie z usług malutkiego chłopczyka, ale grzecznie odmówiłem pokazując na towarzyszącą mi obstawę – ja wolałem jednak „wykorzystywanie” mnie choćby przez staruchę Mguwę niż posuwanie dziecka w malutką dupkę. Jednak w miłej atmosferze pożegnaliśmy się i wróciliśmy późno w nocy do wioski kobiet.
W chacie Kupinda zapytała:
– Ja tobie podobać się męska wioska?
– Wiesz, takiej ilości seksu między facetami nigdy nie widziałem, a już z dziećmi to jakoś tak było mi dziwnie…
– Dlaczego? Oni to kochać, oni lubić to robić, oni myśleć to normalne…
– Może dla nich… ja już wolę was i mieć seks z wami… – zawiesiłem głos, a po chwili dodałem – a z tobą szczególnie!
– Już nie jesteś zły, że my porwać ciebie?
– Nie… takie już jesteście i nie ja będę to zmieniał, to jest wasze życie i skoro z tym jest wam dobrze, to co mi do tego.
– Ty być dobry mężczyzna, ty mówić jak dobry wódz, jak dobry mzimu…
***
Mijały kolejne dni i tygodnie bardzo podobne do siebie. Przeciętny dzień mijał mi na dwukrotnym spacerze po wiosce – jeden przed południem, a d**gi po południu, oczywiście zawsze w towarzystwie wodza i Kupindy. Chociaż zaczynałem rozumieć znaczenie poszczególnych słów, to jednak nie potrafiłem na razie dogadać się ze wszystkim, więc Kupinda towarzyszyła mi w tych „obchodach”. Na czym one polegały? Otóż do moich „zadań” należało miedzy innymi pokazywanie wszystkim mieszkańcom, że mój kutas nadal jest sprawny, w ciągłej gotowości, dumnie sterczącym do przodu. Na pozwalaniu oddawania mu należnej mzimu czci i szacunku, czyli pozwalaniu na czołobitności, a raczej czołodotykalności, i umożliwieniu całowania jego „świętego” czubka. A przede wszystkim na tym, że gdy w mijanej chacie w progu klęczała kobieta z wypiętym na zewnątrz tyłkiem, pokazującej w całej krasie swoją dupę i cipkę, musiałem do takiej chaty wejść i porządnie wydupczyć będącą w sprzyjającym okresie do zapłodnienia kobietę. Musiałem to robić na oczach widzów, którzy po skończonym akcie pomrukiwali z zadowolenia i prześcigali się w możliwości dostąpienia „łaski” wylizania mojego oblepionego spermą i śluzem danej kobiety kutasa. Nawet nastoletnie dziewczynki były na to chętne i czasami im pierwszym udawało się dopaść do niego i uprzedzić starsze kobiety w tym zajęciu. Na początku zżymałem się na takie akty czci i szacunku, ale Kupinda wytłumaczyła mi, że to u nich normalne i nie powinienem zabraniać nastolatkom tego, gdyż tym sposobem uczą się do przyszłego bycia matkami, a także wielbienia swojego mzimu.
Wszystkie dziewczęta, które uczestniczyły w swoim pierwszym tańcu mamama, a następnie zostały pozbawione dziewictwa przez drewnianego fallusa i nadziane na mojego kutasa, zaszły w ciążę. Wódz, a i cała wieś była zadowolona z takiego mzimu. Kolejne kobiety, oczekujące w progu swojej chaty z wypiętym tyłkiem i cipką na dupczenie przeze mnie zachodziło w ciążę, co było dobrym prognostykiem na dalszy rozwój wioski i profity, jakie się z tym wiązały. Albowiem wiele kobiet były kupowanych przez mężczyzn z odległych wiosek, a że były płodne i bardzo pracowite nie tylko w polu i obejściu, więc były pożądanym nabytkiem i inwestycją na przyszłość.
Kiedy okazało się, że i Kupinda także była w ciąży wódz wręcz chciał mnie udusić w uścisku ze szczęścia, a jego sterczący kutas o mało co nie przebił mi brzucha, tak się chłopina rozczulił i zapamiętał tym faktem zostania dziadkiem, że nie zważał na to, iż jego sterczący kutas wbija mi się w brzuch.
Te moje codzienne wędrówki-obchody wioski skutkowały tym, że niewiele różniłem się kolorem od pozostałych mieszkańców wioski. Ale nie tylko brązowa skóra była moim nabytkiem – także mój penis, przez całodzienne popijanie owego napoju wydłużył się do chyba 25 centymetrów, także jego obwód wydatnie się powiększył… teraz wyglądał na potężnego męczyciela kobiecych cipek. Brakowało mi zaledwie paru centymetrów do długości penisa starego wodza, ale ja miałem jedną przewagę nad nim – zapładniałem po kolei kolejne kobiety, no i dopiero od paru tygodni popijałem ten napój, podczas gdy on pije go już ładnych kilkanaście lat. Kupinda nie była o nie zazdrosna i często sama mówiła mi, która z kobiet jest w potrzebie lub sprzyjającym zapłodnieniu okresie, a nawet zaprowadzała do jej chaty i z boku obserwowała moją „pracę”. Nauczyłem prawie wszystkie kobiety seksu w pozycji misjonarskiej, a niektóre z nich już teraz, wiedząc że będę przechodził obok ich chaty na obchodzie, nie wystawiały wypiętego tyłka, tylko leżały w progu z szeroko rozłożonymi nogami, co oznaczało dla mnie „obowiązek” wsadzenia im mojego kutasa w cipkę i solidne ruchanie. Gdyby nie ten napój i doskonałe odżywianie marnie bym skończył w krótkim czasie – zaruchałbym się na śmierć w tej wiosce. Ale tak się nie działo – korzystałem, a właściwie MUSIAŁEM to robić, bo to było „przeznaczenie” i także mój „uświęcony wioskowy obowiązek”. Nawet podczas przechadzki z wodzem na pola nie odmawiałem sobie przyjemności zanurzenia mojego kutasa w którąś z wypiętych, jak zawsze ociekających śluzem czekoladowych cipek… i było mi obojętne, czy to szparka 20-latki, czy cipa 60-latki – wszystkie były mokre, gorące i chętne na zagoszczenie go w swoim wnętrzu.
Kiedy więcej niż połowa zdolnych do bycia matką kobiet w wiosce była w ciąży zauważyłem, że Kupinda z dnia na dzień stawała się coraz bardziej smutna, jakaś taka wyciszona. Na początku składałem to na karb jej ciąży, ale w końcu nie wytrzymałem i spytałem wprost, dlaczego się smuci.
– Ja wiem, ty zrobić swoje, wiele kobiet zostać mama od ciebie, ja też zostać mama od ciebie, a ty pewien dzień odejść od nas i wraca do siebie, do swoja wioska…
– Głuptasie, jak możesz tak myśleć – odparłem. – Jesteś ze mną w ciąży i będziesz mamą mojego dziecka…
– Wiele kobiet być przez ciebie mama.
– Ale to ciebie darzę uczuciem i tylko z tobą śpię i jestem przez cały dzień.
– Ale ty iść niedługo do swoja wioska… a ja zostać tutaj…
– Co ci też przyszło do głowy – zabiorę cię ze sobą… jeśli w ogóle zechcę wracać do siebie, do swojego kraju i swojego miasta.
– Ty to zrobić? – spytała i spojrzała na mnie oczami pełnymi łez.
– Oczywiście Kupindo!
Objąłem ją ramieniem i przytuliłem do siebie. Nasze usta spotkały się. Czułem słony smak jej łez na policzkach i wargach. Całowaliśmy się długo i namiętnie. Delikatnie dotykałem jej nabrzmiałych w wyniku ciąży piersi, głaskałem po leciutko zaokrąglonym brzuchu, w głębi którego rozwijał się mój potomek. To, że i wiele innych kobiet nosiło w brzuchu moje rozwijające się nasienie nie miało tak wielkiego znaczenia – do Kupindy przywiązałem się, stała mi się bliską osobą, można by powiedzieć, że ją pokochałem. Była ideałem kobiety: nie była zazdrosna o inne, spełniała wszelakie moje zachcianki, traktowała mnie jak bożyszcze… cóż więcej facet może chcieć od kobiety. Odsuwałem od siebie myśl o powrocie do cywilizacji, do zawiści, do bycia człowiekowi wilkiem. Tu wszystko było proste i jasne. Jeśli jesteś w porządku wobec innych, oni szanują cię, wręcz kochają, a jak się jest na piedestale mzimu, to dla mnie był raj. W ogóle nie czułem potrzeby wracania do hotelu, ubierania się… jedynie marzyłem o maszynce do golenia, bo przez ten czas zarosłem jak zwierzak.
Tak mijał mi czas na nicnierobieniu, na dupczeniu i zapładnianiu kolejnych kobiet, na cowieczornym wspólnym siedzeniu z wodzem i Kupindą przed chatą, na popijaniu owego napoju i gadaniu o niczym lub po prostu na milczeniu i wsłuchiwaniu się w gwar wioski, świergot ptaków i szum okolicznych drzew i krzewów, pośród których odzywały się porykiwania, pojękiwania, chrząkania i tym podobne głosy zwierząt podchodzących w pobliże wioski. Takie przesiadywanie miało też inne walory. Wodzowi zawsze towarzyszyły kobiety, które teraz nie tylko jemu ssały i masowały kutasa, ale także i ja dostępowałem tego zaszczytu. Kupinda wtedy często pokazywała mi którąś z nich i prosiła, żebym zanurzył swojego kutasa w jej cipce. Wzbraniałem się robić to przy niej, ale wtedy mówiła:
– Jesteś mzimu i ty możesz robić to z każda kobieta, ty nie możesz nie robić to, one być dumna kiedy ty wsadzać im swojego puli-puli… patrz na wódz i ty robi tak samo…
Więc wsadzałem którejś z nich, bo to ssanie i masowanie doprowadzało mnie na granice orgazmu i organizm domagał się wręcz upustu nagromadzonego nasienia. Kupinda czasami pomagała mi, nakierowując mojego penisa w którąś z wystawionych na rżnięcie cipek. A kiedy zalewałem ją porcją spermy, owa kobieta w czcią całowała go, przykładała do czoła, a później wysysała i wylizywała z niego resztki spermy i swojego śluzu. Dochodziło czasami nawet do tego, że wódz zamiast dojrzałych kobiet przychodził otoczony wianuszkiem podrastających dziewczynek, które jakby wdrażały się w swoje późniejsze obowiązki towarzyszenia wodzowi, zajmowania się jego wielkim kutasem, umilając mu czas zabawą nim i pieszczeniem go. One miały jeszcze czas, jeszcze nie odbyły tańca mama-mama i dopiero przed nimi defloracja na drewnianym fallusie. Ale tym sposobem nabierały obycia i pozbywały się strachu przed męskim narządem. Pozwalał niektórym z nich, a bywało, że wręcz nakazywał, żeby zajmowały się także i moim kutasem, co nie powiem było bardzo podniecające, kiedy ich rączki z nabożną czcią głaskały go, obejmowały i bawiły się nim.
Nawet przywykłem do częstych odwiedzin staruchy Mguwy, która chociaż stara to jednak nieustannie miała ochotę na seks, a który odbywał się w jej tradycyjny sposób – znaczy się ja leżałem, a ona nadziewała się na mojego wysmarowanego ich mazidłem kutasa, podtrzymywana przez dwie kobiety do czasu, kiedy jej cipa całkowicie nie objęła mojego penisa swoimi obwisłymi wargami, a jej łechtaczka nie powiększyła się na tyle, żeby zacząć bezwstydnie, aczkolwiek ciekawie, wyłaniać się spośród ich fałdów. I zawsze było dla mnie zastanawiające, jak to możliwe, żeby taka stara kobieta wydzielała ze swojej cipy tyle śluzu, który spływał po moim kutasie w dół, spływał po nabrzmiałych jądrach, ściekając w rowek między pośladkami. Jej ujeżdżaniu mnie towarzyszyło chlupotanie jej soków, mlaskanie jej cipy, kiedy zbyt wysoko się uniosła. A miała do tego zdrowie… jeździła tak na mnie około godziny. Cóż, czegóż się nie robi dla własnego spokoju – nie byłem przez to pilnowany non stop, miałem swobodę poruszania się po wiosce i okolicy… chociaż wydawało mi się, że zawsze ktoś mnie obserwuje.
Nie liczyłem czasu jaki upłynął od czasu mojego porwania… tak z grubsza licząc i patrząc na ilość zaokrąglonych ciążowych brzuchów tubylek chyba jakieś 3-4 miesiące. Dziwiło mnie, że nikt mnie nie szuka… Aż pewnego dnia weszła z samego rana do mojej chaty Mguwa w towarzystwie nieodłącznych wielkich kobiet. Leżałem z Kupindą i z wolna rozbudzałem się po kolejnym „męczącym” dniu na obchodzie wioski i zaspokajaniu wystawionych na rżnięcie wioskowych cipek. Pogadała coś do Kupindy, chociaż wiele słów już rozumiałem, nie do końca orientowałem się, o co chodzi. Kupinda przetłumaczyła mi słowa Mguwy:
– Ona mówi, że ty być dobry mzimu dla wioski i ona ma dla ciebie prezent, i ona prosi ciebie, zostań jeszcze w wiosce…
A kiedy Kupinda skończyła tłumaczyć mi słowa Mguwy zza niej wysunęła się potężna kobieta trzymając w ręce moją walizkę podróżną. Byłem bardzo zdziwiony tym faktem, skąd one wzięły moje rzeczy. Zapytałem się o to Kupindy.
– My mamy w tym hotelu gdzie mieszkałeś swoich ludzi, znaczy się kierownikiem jest kobieta z naszej wioski… ona załatwiła wszystko, żeby ciebie nie szukali, bo wiedziała, że ty jesteś dla nas ważnym mężczyzną, że jesteś naszym mzimu, że wioska cię potrzebuje… i teraz, kiedy wiemy, że ty jesteś dobry mzimu i mój mąż także, oddajemy ci twoje rzeczy i… – zamilkła na dłuższą chwilę – boję się, że wyjedziesz od nas na zawsze.
– Głuptasie – powiedziałem do Kupindy – jak możesz tak myśleć, jesteś miła mojemu serce, nosisz pod nim moje dziecko i jestem w tobie zakochany, więc jak możesz tak myśleć, że cię opuszczę…
– Bo inni mężczyźni, którzy byli tutaj wcześniej, jak dostawali swoje rzcezy to natychmiast wyjeżdżali i już nigdy nie wrócili.
– Wiesz przecież, że ja jestem inny…
– Wiem, bo nawet ta kierowniczka z hotelu wskazała na ciebie, kiedy jechaliście na wycieczkę, żeby patrzeć na ciebie, że ty jesteś odpowiednim mężczyzną dla naszej wioski i naszych kobiet.
Zdumiałem się, że to wszystko od początku było zaplanowane i ukartowane. Ale nie mogłem być na nich zły, bo przecież chcieli jak najlepiej dla siebie, a że ja byłem im do tego potrzebny to już inna sprawa. Poza tym, to dobrze mi tutaj było i jest – wszyscy mnie kochają, czczą jak boga, mogę ciupciać do woli kiedy chcę, z kim chcę i ile chcę, nikt nie powie mi złego słowa, a wręcz przeciwnie, oddają się wszystkie z ochotą o każdej poprze dnia i nocy, a przede wszystkim to przysparzam im nowych potomków.
– Kupindo, ale ja i tak chciałbym na kilka dni wrócić do swojego kraju pozałatwiać moje sprawy i chcę wrócić z powrotem do was, do wodza, do tych kobiet, a przede wszystkim do ciebie.
Kupinda posmutniała słysząc te słowa. Przytuliłem ją do siebie, głaszcząc jednocześnie jej mocno zaokrąglony brzuszek, w którym rósł potomek zrodzony z mojego nasienia. Potem poszliśmy do wodza, któremu Kupinda powiedziała o moim zamiarze. Wódz, który jak zawsze ucieszył się na mój widok, kiedy to usłyszał zmarkotniał.
– Wódz też się boi, że ty już nie wrócisz, a jesteś takim dobrym mzimu…
– Powiedz wodzowi, że na pewno wrócę, niech się nie martwi, obiecuję.
***
Rozpakowałem swoje rzeczy, a przede wszystkim sięgnąłem po maszynkę do golenia. Przez ten czas urosła mi obfita broda i wyglądałem jak Robinson Cruzoe. Doprowadziłem się do porządku – wyglądałem teraz na powrót jak cywilizowany człowiek… i po trzech dniach przedstawiciele wioski odprowadzili mnie do odległej o prawie dzień marszu ****i, przy której czekała na mnie rozklekotana półciężarówka i zwiozła mnie na lotnisko. Wszyscy byli bardzo poważni i smutni podczas pożegnania. Widziałem, że nie wierzyli w mój powrót, powrót ich dobrego mzimu, z którym zaprzyjaźnili się i przywykli do niego. Dla mnie to pożegnanie też nie było łatwe, gdyż zżyłem się z nimi – powiem więcej – zaprzyjaźniłem. Ale wiedziałem, że w kraju czeka na mnie wiele nieuporządkowanych spraw, które musiałem pozałatwiać do końca, żeby móc wrócić na powrót do „mojej” wioski.
***
Zastanawiacie się, co dalej? Czy spełniłem swoją obietnicę daną Kupindzie i wodzowi? Czy wróciłem do wioski, w której mogłem przez cały dzień być nago, w której na progach chat czekały chętne kobiety z wystawionymi dla mnie ociekającymi ich sokami cipkami, w której na powitanie wszyscy z nabożną czcią całowali mojego nabrzmiałego penisa? Do wioski, w której wszyscy mnie szanowali jako ich mzimu, a także jako, mimo iż nie byłem ich koloru skóry, SWOJEGO członka ich społeczności pełnej rozwiązłości, seksu, chuci, żyjących swoim rytmem i według swoich ustalonych od wielu, wielu lat standardów. A może jednak pozostałem w swoim kraju, pośród znajomych i koleżeństwa, z którymi spędziłem wspólnie bądź co bądź wiele lat aż do czasu „porwania” mnie przez tubylców.
Rozdział V
Otóż tak – wróciłem.
Załatwienie wielu spraw i problemów w kraju zajęło mi ponad 3 miesiące. Nie omieszkałem poodwiedzać „starych” znajomych i koleżeństwo, którym opowiadałem o tym, co mi się przydarzyło. Oczywiście nie wierzyli mi, za to chwalili doskonałą opaleniznę i obecnie wręcz aksamitną skórę (na co miało wpływ codzienne smarowanie mnie przez wioskowe kobiety tamtejszym mazidłem). Jedynie jednemu z przyjaciół, z którym byłem na naprawdę „blisko” pokazałem swojego kutasa. Co prawda bez popijania wioskowego napoju mój penis powrócił do „spoczynkowej” pozycji, ale jego wielkość i grubość się nie zmniejszyła… no może troszeczkę. Zachwycił się nim, jego wielkością (a widział go niejednokrotnie wcześniej podczas naszych wspólnych nagich nasiadówek, kiedy to ja zazdrościłem mu wielkości i rozmiaru jego kutasa) i chyba jako jedyny uwierzył w to, co opowiadałem. Ogromnie mi zazdrościł. Sprezentowałem mu za to w nagrodę flaszeczkę napoju, którym raczyłem się codziennie w wiosce. Na następny dzień wpadł do mnie z radosną miną, rozpiął kurtkę i pokazał, że od wczoraj ma cały czas „namiot” w spodniach i jeśli „coś mu na drzewo nie ucieknie, to przerżnie od ręki…”
***
Po wylądowaniu na lotnisku i załatwieniu odprawy oraz zakupienia pistoletu i niezbędnej do niego reszty wyposażenia ruszyłem w kierunku mojego „przeznaczenia”, czyli wioski, z którą jakoś zżyłem się i zaczynałem za nią tęsknić. Ciągnąc za sobą swoją walizkę ruszyłem ****ą w kierunku, z którego przywiozła mnie ponad miesiąc temu półciężarówka. Po paru godzinach udało mi się zatrzymać jakieś zdezelowane auto, a ponieważ umiałem jako tako porozumieć się w ich języku kierowca zgodził się podwieźć mnie do miejsca, z którego wiedziałem, że trafię na powrót do wioski.
Całe popołudnie jechaliśmy, a kiedy poznałem miejsce, z którego odwożono mnie na lotnisko wysiadłem i ruszyłem w stronę wioski orientując się według słońca. Jakże dziękowałem mojemu ojcu za to, że nauczył mnie poruszać się po nieznanym terenie kierując się jedynie wskazówkami słońca i drzew. Zapadł zmrok i znalazłem zaciszne miejsce żeby przeczekać noc, bo mimo wszystko nie znałem ani terenu, ani warunków… byłem przecież sam, wcześniej odprowadzało mnie prawie pół wioski więc nie miałem się czego bać. Tak dotrwałem do rana, jedynie drzemiąc w rozwidleniu gałęzi wielkiego drzewa pod rozgwieżdżonym niebem, nasłuchując porykiwania lwów, chichotu hien i wielu innych dziwnych odgłosów zwierzyny zamieszkującej te tereny.
Rano, wiedząc, że już jestem daleko od ****i, rozebrałem się do naga, gdyż ubiór męczył mnie, krępował moje ruchy – tak przywykłem do nagości, że w ubraniu czułem się jak w więzieniu. Ruszyłem w ****ę. Słońce przyjemnie grzało moje plecy, bose stopy na powrót czuły rozgrzaną ziemię… czułem, że jestem częścią tej krainy. Mijała godzina za godziną, a ja nieustannie wędrowałem w kierunku „mojej” wioski. Późnym popołudniem zacząłem poznawać majaczące w oddali wzniesienia, które były charakterystyczne dla „mojej” okolicy. Wiedziałem, że idę w dobrym kierunku i jeszcze parę godzin, a będę na miejscu. Cieszyłem się na myśl, jakąż sprawię im niespodziankę swoim przybyciem, a przede wszystkim tym, że dotrzymam danego słowa Kupindzie i wodzowi.
Wreszcie zobaczyłem znajome kępy drzew i krzątające się w polu kobiety. Zboczyłem z najkrótszej trasy chcąc dojść do wioski od przeciwnej strony, tak żeby sprawić im niespodziankę. Wreszcie wszedłem w obręb wioskowych chat. W pierwszej chwili zrobił się zamęt i popłoch wśród kobiet – jakiś nieznany człowiek wyłania się spoza chat i śmiało idzie środkiem wioski, by po chwili ustąpić miejsca niepohamowanej radości i okrzykom radości. Kilka będących najbliżej mnie kobiet pędem rzuciło się w moim kierunku, otoczyło mnie ciasnym wianuszkiem, tuląc się do mnie, głaszcząc mnie po ciele… że o całowaniu lekko nabrzmiałego na ich widok kutasa nie wspomnę. Ująwszy mnie pod ramiona prowadziły pokrzykując radośnie, że „ich mzimu wrócił…” Prowadziły mnie wprost do chaty wodza, który zapewne powiadomiony o moim przybyciu wyszedł przed chatę. Wódz rozczulił się na mój widok, przytulił się do mnie, pogłaskał mnie po twarzy po czym schylił się i ucałował mojego kutasa prosto w wyzierający spod napletka nabrzmiały i zaczerwieniony łebek. Spojrzał na mnie i zobaczyłem, że choć ma oczy pełne łez, to uśmiecha się pełen radości i szczęścia. Lecz ja rozglądałem się wokoło wypatrując kochanej twarzy.
Zobaczyłem, jak spoza chaty biegnie w moim kierunku ona – ona, moja Kupinda. Jej teraz sporych rozmiarów brzuch torował sobie ****ę w powietrzu, a jej nabrzmiałe piersi podskakiwały w rytm jej biegnięcia nieskoordynowanie majtając się we wszystkich kierunkach. Dobiegła do mnie i rozpędem rzuciła się na mnie o mało mnie nie wywracając na ziemię. Ujęła dłońmi moją twarz. Z jej oczu leciały łzy jak grochy, znacząc lśniące ścieżki na policzkach…
– Jesteś, jesteś – powtarzała – tak czekałam… jesteś mój kochany, nareszcie jesteś – trajkotała jak najęta – jesteś, mój ty, kochany, najdroższy, jedyny… jesteś…
– Jestem – i przytuliłem ją mocno do siebie – i zostanę tak długo, jak długo mnie zechcecie gościć u siebie w naszej wiosce.
– Dzisiaj wieczór robić uroczystość – oznajmił wódz i ruchami rąk nakazał pozostałym kobietom zajęcie się przygotowaniami. – A teraz ty musi wypić ze mną nasz napój – i nalał pełną czarkę i podał ją mnie.
Wziąwszy czarkę od niego, schyliłem się i ucałowałem czubek jego sterczącego penisa, dotknąłem czołem do niego, wylałem sporą porcję napoju na niego i wypiłem do dna. Stęskniłem się za tym smakiem… no i oczywiście za efektami, jakie on dawał. Kiedy całowałem i przykładałem do czoła jego penisa wśród zgromadzonych wokół kobiet rozległ się głośny szmer i pomruki zadowolenia, a także potupywania, co było u nich oznaką wielkiej pochwały i uznania. Także Kupinda, kiedy zostaliśmy sami uścisnęła mnie mocno i powiedziała, że zachowałem się z szacunkiem i jak przystało na „dobrego wioskowego mzimu”.
Kiedy ściemniło się pośrodku wioski zapłonęło ogromne ognisko, rozpoczęła się zabawa, Siedziałem obok wodza, popijając napój przeznaczony dla tego typu zabaw, ulewając tradycyjnie kilka kropli na wodzowego kutasa, zresztą on czynił podobnie. Kupinda siedziała przytulona do mnie, trzymając mocno pod ramię, jakby bała się, że znowu ją opuszczę, głaszcząc moje ciało, jakby nie mogła uwierzyć, że jestem znowu obok niej. Oczywiście pojawiły się brzemienne dziewczęta, które odbyły ze mną „swój pierwszy raz”. Każda podchodziła, całowała i przykładała do czoła mojego na powrót sterczącego i nabrzmiałego penisa. Inne kobiety, które zapłodniłem w czasie mojej poprzedniej obecności, także podchodziły i robiły to samo, co i pierworódki. Podobało mi się to ich „bałwochwalstwo” mojego kutasa, który wewnętrznie cieszył się, że znowu będzie miał różnych chętnych cipek do ruchania pod dostatkiem.
Ognisko płonęło, obok niego na rożnach piekło się jakieś mięso i warzywa, na liściach porozstawiane były owoce, ale przede wszystkich nieustannie krążyły tykwy z owym napojem, który wspólnie z wodzem ochoczo wychylaliśmy czarka za czarką. Rozpoczęły się tańce w rytm bębnów… kobiety rytmicznie podskakiwały, przytupywały wzniecając obłoki wszędobylskiego kurzu. Zabawa rozkręcała się na całego. Po pewnym czasie podchodziła do nas któraś z tańczących kobiet, całowała wodzowego kutasa, ssała go przez pewien czas bądź siadała okrakiem na nim, podskakując w rytm dudniących bębnów. Także i ja nie byłem pomijany w tych czynnościach. Kupinda patrzyła z zadowoleniem, jak coraz to więcej młodych, starszych i starych kobiet podchodziło do mnie, całowało odsłonięty łebek mojego nabrzmiałego i sterczącego penisa, po czym bez ogródek nadziewały się na niego ujeżdżając go przez dłuższą chwilę.
Orgia trwała w najlepsze – pełna seksu, perwersji i mnóstwa wypitego napoju. Taniec wokół ogniska nabrał szalonego tempa i niektóre z kobiet zaczęły się wzajemnie pieścić, całować, stykać nagimi cipkami o inne cipki. Przed miejscem, gdzie siedziałem ja i wódz, cztery kobiety utworzyły mini krąg wsadzając sobie całe dłonie w cipkę d**giej dogadzając sobie tym sposobem. Ich wsuwające się i wysuwające z rozpalonych pożądaniem cipek lśniły od ich soków w blasku płomieni ogniska. Towarzyszyły im przy tym pojękiwania, pomrukiwania, a kiedy któraś z nich osiągała orgazm to i pokrzykiwania. Patrzyliśmy z wodzem na tę zabawę, która dawała przyjemne dla oczy wrażenia. Aż wreszcie nie wytrzymał, zwracając się w moim kierunku powiedział:
– Już tyle czasu siedzisz tutaj, a jeszcze nie ruchałeś Kupindy… chcę widzieć, jak robisz to z moją córką..
Rad nie rad pociągnąłem Kupindę za rękę ku sobie. Kupinda była w wysokiej ciąży, jej kształtny wielki brzuszek dotknął mojego brzucha. Nacelowała swoją szparkę na mojego penisa, by po chwili zagłębił się w jej gorącym i mokrym wnętrzu. Oparła się rękoma o moje kolana i tak przez chwilę mój penis wjeżdżał i wyjeżdżał z jej cipki. Wódz z zainteresowaniem patrzył na mojego jasnego kutasa zanurzającego się między jej czekoladowe wargi sromowe, pomrukując z zadowoleniem. Ujął w rękę swoją pałę i nieustannie patrząc na nasze poczynania masturbował się rytmicznie. Kupinda kręciła się na moich kolanach niecierpliwie. Nie była to zbyt wygodna dla niej pozycja w jej stanie. Szepnąłem jej, żebyśmy zmienili pozycję na wygodną dla niej, co z chęcią uczyniła, klękając wypiętym w moim kierunku tyłeczkiem, ukazując lśniącą od soków i podniecenia w blasku ogniska cipkę. Schwyciłem ją za biodra i zacząłem rytmicznie posuwać od tyłu. Jej cipka mimo tylu wypływających z niej soków była nadal ciasna, ściśle obejmowała pochwą mojego kutasa. Z każdym moim ruchem głośny wzdychała, aż poczułem, jak jej szparka zaczyna zaciskac się mocniej na moim członku. Wiedziałem, że zbliża się jej orgazm. Także i ja poczułem zbliżający się wytrysk. Prawie jednocześnie dotarliśmy „na szczyt”. Przez chwile jeszcze wpuszczałem w nią swoją spermę. Kiedy wyjmowałem go z niej, na końcu mojego kutasa zwisała nadal obfita kropla spermy. Kątem oka dostrzegłem, że wódz teraz już nie masował swojego kutasa, ale wręcz walił go z szybkością tłoka pracującego na wysokich obrotach silnika wyścigowego bolidu. Aż po chwili krzyknął, jego ręka znieruchomiała, a na czubku jego pały pokazała się duża kropla białej spermy i zaczęła powoli spływać mu po palcach aż na obwisły worek.
Nie wiadomo skąd, ale nagle, pojawiła się Mguwa w otoczeniu potężnych kobiet. Widząc, że wódz upuścił właśnie swoje soki szybko zbliżyła się do niego, schyliła się i zaczęła namiętnie ssać jego ospermionego kutasa. Mlaskała przy tym niesamowicie jedną ręką trzymając kutasa, d**gą zaś miętosiła jego worek, ciągnąc go aż do granic wytrzymałości w dół. Kiedy wylizała i wyssała całkowicie jego pałę, spojrzała w moim kierunku. Na jej twarzy zagościło coś na kształt uśmiechu. Oblizała się lubieżnie po ssaniu wodzowej pały i skierowała się w moją stronę. Podeszła bliżej. Stanęła do mnie tyłem i wypięła mocno swoje wysuszone pośladki, spomiędzy których zwisały jej wielkie i pomarszczone wargi sromowe. Stała w rozkroku podtrzymywana przez dwie z towarzyszących jej kobiet wystawiając na mój widok swoją rozwartą, ociekającą śluzem cipę. Wiedziałem, co muszę zrobić. Nie za bardzo mi się to uśmiechało, gdyż wolałem jednak młodą i kształtną szparkę Kupindy i wielu innych wioskowych kobiet lub dziewcząt, ale „co obowiązek, to obowiązek”. Nie chciałem mieć w niej wroga. Rad nie rad podniosłem się siedziska i podszedłem do niej. Jednym zdecydowanym i brutalnym pchnięciem wjechałem w jej pizdę. Aż zapiszczała. Nie wiem, czy z rozkoszy, czy z bólu (raczej to pierwsze, bo z jej cipy wręcz wyciekały potoki śluzu). Rżnąłem jej suchą cipę trzymając mocno za chude pośladki. Kilka minut „zaspokajałem” staruchę. Lecz w końcu zmęczyłem się i moje ruchy w jej cipie ustały. Cofnąłem się lekko w tył, a mój penis wyskoczył z niej z głośnym mlaśnięciem. Mguwa powoli odwróciła się do mnie. Poklepała mnie po ramieniu, mamrocząc coś bezzębnym ustami, wzięła w swoją garść mój napęczniały worek i jakby „ważyła” jego ciężar. Pomachała nad moim przyrodzeniem swoją nieodłączną miotełką i odeszła w głąb wioski zadowolona. Wódz także pokiwał dłonią z uznaniem – znaczy się, dogodziłem starusze, ale niesmak pozostał.
Pojawiły się natomiast przy wodzu i mnie *********** dziewczęta, które w niedługim czasie będą uczestniczyć w ich „święcie” inicjacji. Otoczyły wianuszkiem wodza, bawiąc się od czasu do czasu jego sterczącą pałą. Wódz nakazał kilku z nich, aby zajęły się także mną, co skwapliwie uczyniły, siadając między mną a Kupindą. Od razu zajęły się moim członkiem, smarując go mazidłem, pieczołowicie smarując nie tylko jego, ale także i nabrzmiały worek. Robiły to tak sumiennie, że poczułem nowy przypływ energii do dalszego kopulowania. Skinąłem więc ręką na przechodzącą właśnie obok nas kobietę z wielkimi piersiami. Natychmiast skręciła w moją stronę. Podeszła bliżej i tradycyjnie ucałowała z czcią czubek mojego penisa, przyłożyła go do swojego czoła i pytająco spojrzała w moje oczy. Kiwnąłem potakująco głową. Spojrzała w stronę wodza, który także kiwnął potakująco głową. Wiedziała już, co ma robić. Położyła się na macie, którą miałem pod nogami, rozkładając szeroko na boki nogi i wystawiając na mój widok swoją czekoladową cipę. Spomiędzy fałd jej warg ukazała się różowiutka norka, oczywiście ociekająca śluzem lśniącym w blasku płomieni ogniska. Klęknąłem między jej nogami. Jedna z otaczających mnie młodych dziewcząt nakierowała mojego penisa w stronę jej cipki. Wspierając się na rękach pchnąłem go zdecydowanie w gotową do kopulacji kobietę. Wjechał w nią gładko, jak ostry nóż w masło. Zacząłem systematyczne rżnięcie tej posłusznej mojej chuci cipki. Kobieta objęła mnie rękoma w pasie, przytrzymując, jakby bała się, że zbyt szybko wyjdę z niej. Ale ja nie miałem zamiaru. Czułem, że mam zapas spermy, która muszę wypuścić. Po paru minutach czułem, że jest gotowa do orgazmu – dyszała coraz szybciej, pomrukiwała z coraz większym zadowoleniem. Ja też czułem, że zbliża się i u mnie ta chwila. Kiedy jej pomruki przeszły w ciągły ton, co było oznaką jej orgazmu trysnąłem moim nasieniem w jej ochoczą cipkę. Wpompowałem sporą porcję i zastygłem w bezruchu. Usłyszałem klaskanie za sobą – to wódz po raz kolejny dawał tym wyraz swojemu zadowoleniu. Wyjąłem świecącego się od spermy i śluzu kutasa z cipki kobiety, która natychmiast przyssała się do niego ustami wylizując go do czysta i wysysając z niego pozostałe resztki spermy i ponownie pocałowała jego czubek i przyłożyła go do czoła.
***
Po kilku dniach „aklimatyzacji” w „mojej wiosce” odwiedził nas posłaniec z zaprzyjaźnionej męskiej wioski. Przybył z wiadomością od ich wodza, który gdy tylko dowiedział się o moim ponownym przybyciu wysłał do nas posłańca, który w jego imieniu zaprosił wodza i mnie do nich na zorganizowaną uroczystość inicjacji młodych chłopców w ich wiosce. Wódz oczywiście podziękował za zaproszenie i obiecał, że pojawimy się na niej. I tak też się stało – po trzech dniach wyruszyliśmy z wodzem i kilkoma kobietami w formie „obstawy”. Po paru godzinach wędrówki, z racji powolnego chodu wiekowego wodza, dotarliśmy do męskiej wioski. Widać było gorączkowe ostanie przygotowania do uroczystości. Plac na środku wioski był wysprzątany, drewno do ogniska przygotowane, a wokół niego poustawiano siedzenia, oczywiście z „tronem” dla ich wodza, a obok niego stały ozdobne siedzenia przygotowane z myślą o nas.
Wódz przywitał się z nami serdecznie, częstując ich napojem, który jako żywo smakował i dawał te same efekty jak w wiosce kobiet. Podczas naszego marszu na uroczystość nasze penisy lekko opadły nie mając „dopalacza” w postaci napoju. Teraz, po kilku łykach owej mikstury, nasze członki zaczynały, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, powracać do twardej postawy. Wodzowie rozmawiali ze sobą, a ja obserwowałem przygotowania do inicjacji w męskim wydaniu. Wniesiono coś w rodzaju kozła i ustawiono na wprost siedziska wodza. Po przeciwnej stronie palącego się ogniska zasiadło kilku tubylców z bębnami, powoli zaczynając jakby próbować instrumenty – w sumie wychodziła z tego jakaś melodia i rytm. Po prawej stronie ustawiono kilkunastu chłopcó*****ieku 12-14, jak na moje oko. Stali zbici w grupkę nie wiedząc, co ich czeka, chociaż wcze4śniej jako dzieci widzieli tę ceremonię, to jednak co innego oglądać inicjację, a co innego być jej uczestnikiem, wiedzieli na pewno o tym, że dzisiaj będzie ich inicjacja do męskiego grona. Muzycy coraz głośniej zaczęli wybijać rytm, któryś z nich zaczął smętnie zawodzić (inaczej nie umiałem tego nazwać, bo raczej przypominało to odgłosy wyjca w tropikach niż śpiew). Wódz wioski zaprzestał rozmowy z „moim” wodzem i skinął ręką. Na środek okręgu wtoczył się otyły mężczyzna wymalowany pstrokatymi farbami, wyglądał jak pomalowana w pijanym widzie papuga, ze sterczącym spod wielkiego brzucha malutkim kutasem, a pod nim wisiały w rozciągniętym prawie do kolan workiem z jajami, do którego przyczepione były różne świecidełka. „To ich szaman” szepnęła jedna z siedzących za moimi plecami ochroniarek.
Rozpoczął taniec wokół siedzących w okręgu mężczyzn, pokrzykując, pojękując i mamrocząc coś tam w ich języku w rytm dudniących bębnów i popiskujących piszczałek, machając trzymaną w ręku miotełką z piór papug, traw i chyba włosów. Kilku mężczyzn wniosło i ustawiło naprzeciwko ich wodza, a przed naszymi oczami, coś w rodzaju wysokiej ławki wyścielonej chyba bawolą skórą. Szaman wydzierał się coraz głośniej machając opętańczo miotełką przed ciałami i oczami stojących w rzędzie nastolatków. Przestał. Inni mężczyźni podprowadzali kolejno chłopców i układali ich na tej ławie w takiej pozycji, iż ich tyłki były wypięte w naszym kierunku. Kiedy już wszyscy byli ułożeni na swoich miejscach, inny pomocnik szamana podszedł z dużym naczyniem i polewał ich tyłki jakimś tłuszczem, i to w takiej ilości, że spływał on rowkiem między pośladkami, po wyeksponowanych workach z nabrzmiałymi jajami i zwisających kutasach, po ich udach, łydkach, stopach… i rozsmarowywał dokładnie okolicę odbytu. Szaman wznowił swoje zawodzenie, a podchodząc do kolejnego chłopca pomocnik podawał mu wystrugane z drewna coś na kształt analnego pluga, który szaman zręcznym ruchem zatykał każdemu po kolei jego tyłek. Kiedy już wszyscy byli „zatkani” korkami, pod stojącym stołem pojawili się starsi mężczyźni i usiedli „po turecku” tak, że każdy z nich siedział między dwoma „nieszczęśnikami”, którym wyraźnie widać było, że drżą nogi. Na znak dany przez szamana każdy z siedzących ujął w ręce po zwisającym na razie kutasie i zaczął mu obciągać. Z mojej strony wyglądało to, jakby kilka mleczarek doiły stadko krów.
Siedzące za moimi plecami „ochroniarki” zaczęły coraz to głośniej sapać i dyszeć… pomyślałem sobie, że taki widok działa także na nie podniecająco, wszak wszystkie kochały kutasy, lubiły się pieprzyć na potęgę – a tu tyle młodych penisów, które obciągają faceci adeptom wstępującym w dorosłość. Sięgnąłem jedną ręką w tył i natrafiwszy na udo „ochroniarki” przesunąłem ją w górę licząc, że dotrę aż do jej cipki. Faktycznie – dotarłem… Jej cipka ociekała śluzem, więc niewiele myśląc wsadziłem bez pardonu od razu trzy palce w głąb jej cipki, rozwartej z podniecenia i pozycji w jakiej siedziała. Westchnęła cichutko i przeciągle. Pomyślałem, że z d**giego boku siedzi d**ga i też byłoby jej przyjemnie, gdybym pogmerał palcami i w jej cipce. Tak też uczyniłem. Teraz miałem zajęte obie ręce, ale kobiety znały się na rzeczy – jedna przystawiała mi do ust czarkę z owym napojem, d**ga zaś ujęła mojego kutasa i lekko go masowała. Zerknąłem w stronę „mojego” wodza. Jemu też pilnujące i ochraniające kobiety masowały pałę, podając mu do picia czarkę. Także wódz męskiego plemienia był „obsługiwany” przez dwóch młodzieńców, z których jeden ssał mu pałę, a d**gi intensywnie lizał mu jajka.
Tymczasem młodzi adepci dorosłości zaczynali jeden po d**gim tryskać spermą, która spadała na nogi siedzących pod stołem i obciągających ich kutasy mężczyzn. Kiedy ostatni z nich trysnął swoją spermą, szaman skinął w kierunku wodza. Wódz podniósł się ze swojego siedziska i podszedł do pierwszego z wypiętych chłopców. Szaman szybkim ruchem wyciągnął z jego tyłka drewnianą „zatyczkę”, a wódz, któremu w tym czasie jeden z usługujących polał kutasa mazidłem, namierzył jego tyłek, przytknął kutasa i bez pardonu brutalnie wepchnął mu całego swojego, słusznych zresztą rozmiarów, kutasa w dupę. Pchnął nim w jego dupie ze trzy razy i wycofał się, podchodząc do następnego. I ceremonia się powtórzyła: zatyczka, mazidło, nacelowanie, wsadzenie i ze trzy pchnięcia. Kiedy skończył z ostatnim wrócił na swoje siedzisko, wysunął biodra w przód eksponując swojego świecącego się od mazidła kutasa. Jego przyboczni natychmiast nachylili się nad nim i pieczołowicie zaczęli wylizywać i wysysać jago pałę, mrucząc przy tym i mlaskając.
Moje ręce nadal były zajęte pieszczeniem cipek moich „ochroniarek” – palce buszowały w ich wnętrzach, a kciuk ugniatał ich łechtaczki. Wierciły się okropnie, dysząc przy tym wprost do mojego ucha. Coraz to któraś z nich nachylała się w kierunku mojego penisa i ssała go namiętnie, podczas gdy d**ga podawała mi czarkę z napojem do popicia.
Tymczasem chłopcy, którzy przed chwilą byli „rozdziewiczeni” drewnianym plugiem i kutasem wodza, nadal leżeli na ceremonialnym stole. Wódz dał ręką jakiś znak. Kilkunastu dorosłych mężczyzn podeszło do wypiętych chłopców i zaczęło ich normalnie dupczyć. Rozległy się jęki umęczonych chłopców, lecz oni nie zważali na to. Kiedy już któryś z nich spuścił się do dupy młodzieńcowi, ustępował miejsca kolejnemu, który także folgował swojej chuci. Bo od tej pory, jak mi szeptem wyjaśniła jedna z moich ochraniających kobiet, każdy w wiosce mógł dupczyć takiego chłopaka, ale także i ów chłopak mógł bezkarnie robić to oficjalnie z innymi mężczyznami. Współczułem tym chłopakom, bo kolejni podchodzili do nich i po parominutowym używaniu ich odbytu spuszczali się. U niektórych chłopców już było widać wyciekającą z ich tyłków spermę, a kolejka oczekujących na „ceremonialne” dupczenie chłopców niewiele się zmniejszyła. Oj, czekała ich jeszcze ciężka przeprawa, ale kolejne podawane im do picia porcje napoju chyba im pomagały… a może ich dupki przyzwyczajały się do penetrujących ich tyłki kutasów.
Wódz męskiej wioski zsunął się bardziej na swoim siedzisku, pociągnął za rękę jednego z jego osobistego towarzystwa. Młodzieniec wiedział, co ma robić. Stanął okrakiem nad jego kutasem, by po chwili nadziać się na niego. Wódz tkwił w bezruchu, młodzieniec natomiast regularnie nadziewał się na wodzowego kutasa. Po kilku minutach zmęczył się widać, bo zastąpił go d**gi z dzisiejszych posługaczy i także kilkanaście minut ujeżdżał wodzowego kutasa. Oboje klęknęli teraz przed wodzem, a ten zaczął trzepać swojego kutasa – po jakiejś chwili trysnął spermą na twarz jednego z nich, ale d**gą porcję skierował na d**giego. Obaj przyjęli po słusznej porcji na twarz, oblizali się ze smakiem i na zmianę zaczęli ssać jego pałę, tak że po niedługim czasie był wylizany do czysta.
Moim „ochroniarkom” także niewiele brakowało do orgazmu – ich uda drżały spazmatycznie, śluz z ich cipek wypływał prawie litrami. Ich cyce były do maksimum wtulone w moje plecy, a ich ręce zaczynały wykonywać coraz to bardziej nieskoordynowane ruchy. Jęczały głośno – i trudno się dziwić: moje „pracowite” ręce, widok tylu sterczących kutasów, odgłosy dupczenia chłopców odbywających inicjację działał na nie jak wiadro owego napoju. Spojrzałem się w stronę „mojego” wodza, a ten zrozumiał mój wzrok – kiwnął potakująco głową. Zagiąłem palce w cipce jednej z nich i pociągnąłem ją w swoim kierunku. Zrozumiała. Posłusznie i z ochotą przesunęła się do przodu i wypięła w moim kierunku swoją ociekającą śluzem cipkę. Klęknąłem za nią i wepchnąłem jej swojego kutasa aż po same jaja. Jęknęła z rozkoszy. Schwyciłem ją za rozłożyste biodra i zacząłem solidnie pieprzyć. Mimo tego, że była taka wilgotna, rozluźniona pracą moich palców, to jednak była ciut ciasna. A to przez to, że mój penis od ciągłego popijania owego napoju osiągnął rozmiary podobne do wielkości kutasa „mojego” wodza. Kilka minut posuwałem ją, wstrzymując się z wypuszczeniem spermy, bo chciałem zachować siły na pierdolenie także d**giej „ochroniarki”. Kiedy pierwsza dostała orgazmu, wyszedłem z niej i skinąłem na d**gą. Ta błyskawicznie wystawiła mi swoją oślizgła cipkę. Dupczyłem ją kolejne kilka minut – napój miał tę właściwość, że nie dość, iż miało się chęć i siły, to jeszcze wiedziałem, że porcja spermy po takim dupczeniu będzie duża i starczy na obdzielenie nią ich obu. Kiedy wyszedłem z jej rozgrzanej cipki obie przybliżyły się do mojego penisa i zaczęły go obciągać. Pozwoliłem mojemu ładunkowi swobodnie wylecieć. Czuły ten moment, bo obie zbliżyły otwarte usta do niego – trysnąłem porcją, potem d**gą i jeszcze dwa razy. Obie połknęły swoją „działkę” (nauczyłem je, że można też ją połykać, a nie koniecznie tylko tryskać w pochwę).
Popatrzyły na mnie zadowolonym i spełnionym wzrokiem… ucałowały go z nabożną czcią, przytuliły do czoła i… podały mi kolejną czarkę z napojem. Zresztą i kolejka do chłopców zmalała do jeszcze dwóch oczekujących na wolny tyłek któregoś z chłopaków – znaczy się, że ceremonia miała się ku końcowi.
I tak też faktycznie było – kiedy ostatni z mężczyzn wydupczył wypiętych chłopców, podeszli do nich mężczyźni i pomogli im się podnieść, bo sami na pewno by upadli. Słaniali się na swoich miękkich z wymęczenia nogach, z ich tyłków wylewały się potoki wpompowanej w ich odbyty spermy, na twarzach każdy z nich miał bolesny grymas, ale też w ochach blask przejścia przez proces inicjacji – stali się prawdziwymi mężczyznami w oczach całej wioski.
Jako, że to był koniec ceremonii mężczyźni zaczynali powoli rozchodzić się do swoich chat. Ponieważ było już późno w nocy, wioskowy wódz zaproponował nam przespanie się w chacie dla gości, abyśmy dopiero rano mogli wyruszyć w ****ę powrotną. Rozlokowaliśmy się w chacie – nie była ona zbyt wielka, a nas była szóstka osób, w tym cztery wielkie kobiety stanowiące naszą osobistą ochronę. Zlegliśmy na podłodze wyłożonej matami. Było ciasno, a nasze ochroniarki nadal miały chcicę napatrzywszy się na wielką orgię w męskim wykonaniu. To nic, że ja wyruchałem moje dwie ochroniarki, a mój wódz także zasadził każdej ze swoich ochroniarek swoją pałę w ich cipki. One nadal miały chęć. Teraz już bez żenady zamieniały się miejscami i co rusz któraś ssała mojego kutasa lub wodzowego, inne w tym czasie ciągały nas za worki – z wodzowym miały łatwiej, bo jego wór był już mocno obwisły, ale i z moim też sobie dobrze radziły. Lizały nasze jaja, by po chwili kucnąć nad sterczącą pałą wodza lub moją i nadziać się bez pardonu do samego końca i poujeżdżać nas przez jakiś czas. Nie były poszkodowane – mój kutas dorównywał wielkością i grubością wodzowej pale – z tym, że ja po raz kolejny spuściłem się w nie ruchane jeszcze dzisiaj przeze mnie szparki… by po chwili zaczęły nadziewać się ospermionymi cipkami na kutasa wodza. W tym czasie inne pieczołowicie wylizywały resztki spermy i śluzu z naszych kutasów. Długo w noc jeszcze trwała nasza malutka, wodzowa i moja, orgietka, aż zmęczeni wrażeniami dnia i wieczoru oraz wyssani do cna ze spermy zasnęliśmy wtuleni w siebie, to znaczy ja byłem przygnieciony wielkimi cyckami i udami moich ochroniarek.
Rankiem po przebudzeniu i zjedzeniu jakiegoś skromnego posiłku, wypiciu obowiązkowej czarki napoju i pożegnaniu się z wodzem męskiej wioski wyruszyliśmy w ****ę powrotną. Trwało to prawie pół dnia, ale to tylko dlatego, że wódz z lekka niedomagał z chodzeniem, a i kobiety-ochroniarki domagały się kolejnych porcji pieprzenia się albo z wodzem, albo ze mną. Do wioski dotarliśmy jakoś przedwieczorną porą. Jeszcze nie zdążyliśmy dojść do wioski, kiedy jakaś wioskowa kobieta podbiegła zdyszana do nas i oznajmiła, że Kupinda właśnie urodziła – urodziła córeczkę, przez co wioska była pełna szczęścia: nie dość, że jedyna prawowita córka wodza, to na dodatek żona ich mzimu. Wódz w przypływie radości wyściskał mnie czule i w porywie chwili znowu schylił się i ucałował mojego kutasa w wystający spomiędzy napletka łebek i przytknął go sobie do czoła. Tak dziękował mi za to, że sprawdzam się w roli wioskowego rozpłodnika i przysparzam splendoru jego wiosce, no i chyba też za to, iż wróciłem do wioski, a teraz jego córka urodziła dziecko – i to dziewczynkę.
Swoje pierwsze kroki skierowałem właśnie do naszej chaty, żeby zobaczyć Kupindę i naszą nowo narodzoną córeczkę. Kupinda leżała na macie, jej twarz wyrażała szczęście, a jednocześnie i zmęczenie porodem. Na jej brzuchu leżało nasze maleństwo – taka kruszynka o jasnej skórze i główce pokrytej kędzierzawymi czarnymi włoskami. Klęknąłem obok nich – ucałowałem Kupindę i szepnąłem jej do ucha „dziękuję za taką śliczną córeczkę”, a potem ucałowałem też maleństwo. Wódz ogłosił wielką wioskową fetę na tę okoliczność i wszyscy rozbiegli się czynić przygotowania do niej.
cdn.
7年前